piątek, 31 maja 2019

"Bądź moim marzeniem" - Monika Michalik (recenzja przedpremierowa!)


Monika Michalik, Bądź moim marzeniem, Wydawnictwo Znak 2019.

Do lata, do lata z książką będę szła – aż chce się śpiewać na widok okładki! Faktycznie, ilustracja sugeruje, że debiut Moniki Michalik to romantyczna historia z urlopem i ciepłym morzem w tle. To tylko pozory. Autorka daje nam potężną dawkę emocji. Bo główna bohaterka toczy walkę nie tylko o miłość i powrót do równowagi po nagłym rozstaniu z wieloletnim partnerem. Przede wszystkim walczy o życie z nierównym wrogiem – białaczką.

„Kiedy byłem tu pierwszy raz, to właśnie ta różnorodność barw mnie urzekła. Rano morze jest szare, prawie niewidoczne, zalewa się z bladym niebem. Później, około południa, kiedy spojrzysz w lewo, odnosisz wrażenie, że woda tam jest bardziej turkusowa. Po południu, kiedy słońce zaczyna przesuwać się na zachód, to po prawej stronie morze ma intensywnie szmaragdowy kolor, a gdy wejdziesz do wody, to widzisz, że jest ona jasną, turkusowozielona. A jeszcze później, kiedy słońce jest już całkiem nisko, woda jest mocno niebieska, niczym chabry na łące. [...] To trochę jak flirt. Słońce cały czas obserwuje morskie fale, podziwia je, dotyka ich promieniami, a morze przebiera się w coraz to nowe suknie, chcąc się przypodobać".

Ten cytat – opis krajobrazu greckiej wyspy, mnie zachwycił. Chyba nigdy nie zaserwowano mojej wyobraźni tak plastycznego opisu morza, który można odkrywać wszystkimi zmysłami – przede wszystkim wzroku. Po takim wstępie spodziewałam się więcej elementów turystycznych – opisów plaży, greckich przysmaków czy lokalnych zabytków. Owszem, dostałam to, ale w niewielkim procencie. Bo Monika Michalik kompletnie mnie zaskoczyła. Tak jak życie zaskoczyło Natalię. Tak jak życie zaskakuje każdego z nas.

Tuż przed wylotem na wymarzone, wyczekane wakacje, Natalia rozstaje się z chłopakiem – Tomek odchodzi do innej. Kobieta, pracownica biura podróży, postanawia nie rezygnować z pobytu na Korfu i samotnie rusza do Grecji. Tam przykuwa uwagę przystojnego recepcjonisty, Michała. Na malowniczej wyspie spędzają każdą wolną chwilę. Po powrocie Natalii do Polski wierzą, że utrzymają kontakt. Los ma inne plany…

Złe samopoczucie bohaterki ma swoją poważną przyczynę. Białaczka. Jej życie zmienia się o 180 stopni. Walczyła o miłość, rozpoczyna walkę o życie. Z jakim skutkiem? Z którym z mężczyzn u boku? Wiecie, że nie zdradzam zakończeń.

Monika Michalik zabrała mnie w przepiękną literacką podróż do Grecji. Zachęciła do wizyty na wyspie i odkrywania południowej części naszego kontynentu. Ale bardziej jestem jej wdzięczna za to, co wydarzyło się po powrocie bohaterki z urlopu. Autorka, tak jak Natalia, walczyła z białaczką. Własne doświadczenia przelała na papier. Ta świadomość sprawia, że historię przeżywa się jeszcze mocniej, jeszcze głębiej.

Natalia nie trafia do Leśnej Góry czy innego szpitala idealnego. Dziewczyna, pacjentka państwowych placówek, najpierw z niecierpliwością oczekuje diagnozy. Jest przenoszona z oddziału na oddział, z sali do sali. W końcu zapada decyzja o wyniszczającej chemii. Czytelnik towarzyszy Natalii przez ten cały czas – od pierwszej wizyty lekarskiej, po ostatnią dawkę specyfiku wyniszczającego organizm. Autorka nie szczędzi wstrząsających opisów: złego samopoczucia po chemioterapii, problemów z prawidłowym wkuciem czy, dla mnie najbardziej wstrząsającej sceny – ścinania i golenia włosów. Dodam, że Natalii pomagała mama… Nie sposób było nie uronić łzy. Autorka w przejmujący sposób oddała niezwykłą więź, jaka łączy matkę i dziecko w tak trudnych chwilach... Podczas lektury wielokrotnie wstrzymywałam oddech, w napięciu oczekując efektów leczenia. Obcierałam łzy smutku, ale i wzruszenia. Choroba bowiem nie niszczy pięknej relacji matki i córki, przyjaźni Natalii z Ewą czy miłości, która pokonuje kilometry i przeciwności losu.

Pozwólcie, że teraz zwrócę się bezpośrednio do Autorki. Pani Moniko! Dziękuję Pani za tę powieść. Za to, że razem z Natalią mogłam przebyć tą arcytrudną drogę. Za to, że mogłam towarzyszyć jej w najgorszych momentach życia. Chwilach zwątpienia, rozpaczy, niewyobrażalnego strachu. Pani te wszystkie emocje przelała na papier, czytelnik mógł współodczuwać z bohaterką. Próbować pojąć, co czują osoby dotknięte białaczką, dla których czas jest sprzymierzeńcem lub wrogiem…

Po rajskim wręcz wstępie, którego akcja rozgrywa się na malowniczej wyspie, zabrała Pani czytelnika w sam środek piekła. Piekła, które każdego dnia wydarza się tuż obok… Białaczka, inne nowotwory – to codzienność współczesnego świata. Wszyscy znamy albo znaliśmy, niestety, kogoś dotkniętego chorobą. Opisując proces leczenia, nie owija Pani w bawełnę. Myślę, że nie po to, by kogoś straszyć: „Zobacz, co będzie, jak zachorujesz!”. Nie, nikt nikomu źle nie życzy. Tu chodzi chyba bardziej o to, byśmy nauczyli się doceniać najmniejszy drobiazg. Pielęgnować wdzięczność za to, co wydaje nam się oczywiste. Radować się z małych rzeczy.

Bądź moim marzeniem ma, w moim odczuciu, jeszcze jedno bardzo ważne przesłanie – nie bójmy oddawać się krwi! Mnie samej transfuzja uratowała życie. Jako wcześniak ważący kilogram, potrzebowałam pomocy. Otrzymałam ją. Wielokrotnie otrzymywała ją także bohaterka polecanej przeze mnie książki. W miarę możliwości zdrowotnych warto więc rozważyć oddawanie krwi a także zapisanie się do bazy dawców szpiku.

Raj w Grecji i piekło oddziału hematologii. Zapierające dech w piersiach opisy śródziemnomorskiej przyrody i druzgocące relacje z izolatki. Bądź moim marzeniem nie jest kolejną cukierkową obyczajówką. To ważny debiut, ważna opowieść. Nie dziwię się, że to Monika Michalik wygrała konkurs „Jak zostać ulubioną pisarką Polek?”. Myślę, że tą książką zasłuży na ten tytuł w wielu indywidualnych rankingach.

Nie bójcie się lektury tej książki. Natalia szybko zostanie Waszą dobrą znajomą, a przecież bliskim towarzyszy się nie tylko w zdrowiu, ale i w chorobie. Przeczytajcie. Zachwyćcie się piórem debiutantki. A później nie przestawajcie się zachwycać życiem.

Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!

czwartek, 30 maja 2019

"Życie pełne barw" - Malwina Ferenz (#MamaDropsaCzyta)


Malwina Ferenz, Życie pełne barw, Wydawnictwo Czwarta Strona.
#MamaDropsaCzyta

„Ludzie potrzebują dobrych opowieści. Ja im je daję”.Malwina Ferenz – Rzemieślnik słowa

Pragnę się  podzielić wrażeniami z lektury wygranej przeze mnie książki Malwiny Ferenz Życie pełne barw w konkursie na blogu u Nienaczytanej. To trzecia  z kolei powieść Autorki, z pewnością sięgnę po wcześniejsze. Dzięki tej książce podczas majówki mogłam pospacerować po Wrocławiu, w którym byłam przed laty. Urzekł mnie szczególnie rynek miasta. Malwina Ferenz rozpoczyna powieść od jego metaforycznego opisu. Rynek to bijące dość intensywnym rytmem serce miasta, które „tłucze się szaleńczo w piersi, okoliczne kamienice drżą, bombardowane deszczem decybeli, ich mieszkańcy klną, na czym świat stoi, ale jakoś tak zawsze wszystko wraca do normy” (jak to po imprezach muzycznych), od serca odchodzą arterie, a w nich krążą ludzie, przemieszczający się do różnych części miejskiego organizmu i z różną prędkością. Wrocław przypomina „wielkie cielsko rozłożone na równinie i pocięte na kawałki przez pięć rzek”. Ulica Ruska znajduje się tuż przy sercu, a na jej tyłach można znaleźć przejście na typowe, zaniedbane podwórko starych kamienic i właśnie tam znajduje się Neon Cafe, czyli połączenie pubu z kawiarenką, czekające na ludzi przez cały dzień, można tu dobrze zjeść i napić.

Wnętrze kawiarni bardzo przytulne, dyskretne, za barem czeka na gości sympatyczny i uśmiechnięty barman, który już przy pierwszym spotkaniu sprawia wrażenie, że się go skądś zna a on już wie, co zamówimy, więc wystarczy tylko zaczekać. Co ciekawe, trafiają tu tylko ci ludzie, którzy mają tu trafić. Tak więc nie ma  tłumów, nie trzeba zamawiać stolika, mimo że wszystkie drogi prowadzą do Rynku. Barman sprawia wrażenie, jakby doskonale znał swoich klientów.

Powieść jest zbudowana z ośmiu rozdziałów, z których pierwszy wprowadza nas w atmosferę miasta, następnych pięć jest związanych z opowieściami ludzi, którzy nieprzypadkowo trafiają do kawiarni, szósty – to opis pulsującego miasta popołudniem i nocą. Ósmy rozdział poświęcony jest niezwykłemu barmanowi i jego zniknięciu oraz opisowi ciszy nocnej nad miastem, jedynie ochroniarz Edmund nie śpi, bo ma nocną zmianę.

Do Neon Cafe trafiło przypadkiem pięcioro ludzi, aby w klimatycznej kawiarni opowiedzieć barmanowi frapującą historię swojego życia, które nie było idealne, ale dzięki temu prawdziwe, pełne barw, przez to zdumiewające. Ścieżka życia każdego bohatera nie jest prosta, jasna, usłana płatkami róż, często bywa kręta, pełna ostrych zakrętów i to daje siłę do walki z przeciwnościami losu. Nie można kupić recepty na udane życie, każde doświadczenie jest po coś, nic się nie zdarza przypadkiem. „Życie to jedna wielka niespodzianka”. Na każdego klienta czekało jego ulubione danie, to, na co miał ochotę w danej chwili, za czym tęsknił. I najważniejszy ktoś, czyli, wspomniany już wcześniej, cierpliwy, potrafiący słuchać, pełen empatii barman, dysponujący czasem. Atmosfera tego miejsca skłaniała do długich rozmów. Co to byli za niezwykli goście, przypadkiem tu trafiający, ale w istocie wybrani przez kogoś!

Pierwsza zajrzała tu Eufrozyna Mrozińska, mająca już 90 lat, trudniąca się handlem czosnkiem i innymi warzywami z ekologicznego ogródka, aby dorobić do rachunków. W 1946 roku wróciła z mamą z Kazachstanu na Ziemie Odzyskane, a następnie pojechała do Wrocławia dla mężczyzny z fotografii, sprzedawcy zegarów. Szalona decyzja dziewczyny, wielka i szalona miłość, mimo że życie ich nie oszczędziło! Nigdy nie żałowała swojego wyboru. Barman poczęstował kobietę czekoladowym ciastkiem i kawą, na drogę dał drożdżówkę. Jej opowieści przysłuchiwał się policjant Krzysztof Boryna, przywiedziony tu przez czarnego kota, tak bardzo podobnego do jego kotki. Barman przygotował mu pyszną, ulubioną kanapkę i colę. Z głośników sączył się „dżezik”. Opowiadał o swojej pracy, o żonie Annie, którą bardzo kochał i był z nią szczęśliwy, ale los pozbawił ich siebie nawzajem, o Komendzie – kocie patrolowym, który wypełnił pustkę w domu i odmienił życie właściciela. Jaki los spotkał dziwnego kota? Do kawiarni wstąpił też Adam Potocki, którego zwabił tu ktoś potwornie fałszujący na gitarze elektrycznej. Z zamiłowania był muzykiem. Zamiast „Tosia” zobaczył bar i wszedł. Dostał czekoladę i kruche paluszki bez soli. Dlaczego Adam, „menadżer działu IT w banku o bardzo stabilnej pozycji rynkowej”, prowadził teraz proste życie według prostych zasad i niewielkich oczekiwań? A jego dom i rodzina? Jaką skrywa tajemnicę ten uliczny grajek? Co jest niteczką łączącą go z dawnym życiem? Przed pożegnaniem barman poprosił go, aby dokończył, co zaczął. „ Czasami trzeba po prostu rozliczyć się z opowieści ”. Barman odebrał tajemniczy telefon od Kogoś, kogo zapewnił, że wszystko będzie tak, jak ma być. W swoim fachu , jak często podkreślał, był przecież profesjonalistą. Do kawiarni wstąpił też przyszły ojciec świętujący w samotności, motorniczy MPK Zenek Kociewniak. Szukał jubilera a trafił na Neon Cafe. Barman zaserwował mu szczawiową z jajkiem, ulubioną zupę jak u mamy, i żołądkową białą. Opowiedział mu wszystko o swojej żonie Irminie. A niesamowita to historia. I na koniec pojawiła się Elena, Ukrainka ze Stryja, od 10 lat w Polsce, która przyjechała tu do pracy, by pomóc dzieciom. Barman zaskoczył ją, podając watruszki i kwas chlebowy do popicia. Kobieta ma poważny problem, stoi bowiem przed podjęciem bardzo trudnej decyzji życiowej. Ale ponieważ czuła się dobrze w tym dziwnym miejscu tylko dla wybrańców, postanowiła zrzucić ciężar z serca i o tym opowiedzieć profesjonaliście. Jaką rolę w jej życiu odegrał Edmund, poznany we Wrocławiu? I mimo że spotkania z bohaterami odbywają się według tego samego schematu, to nie ma mowy o nudzie, bowiem pisarka zastosowała indywidualizację języka, dzięki której obraz życia i portrety bohaterów przemawiają do wyobraźni czytelnika i zapadają w pamięć. W dzisiejszym zagonionym świecie nie ma czasu na takie długie opowieści, sączący się czas. A tu barman nikogo nie popędza. I klienci wychodzą szczęśliwi, rozliczając się z opowieści. Wybrzmiewają one do końca. Coś niesamowitego!

Dzięki powieści poznałam pięć niesamowitych, zdumiewających,  ciekawych opowieści o wszystkich barwach życia, które skłaniają do refleksji. Wywołują też całą gamę uczuć. Wydobyły z mojego serca skrywaną tam opowieść o moim życiu, które również ma wiele barw, nie jest proste, nie jest idealne, ale prawdziwe. Bohaterowie też są autentyczni, to postacie z krwi i kości, które żyją gdzieś obok nas. I tak jak my przeżywają chwile szczęścia, chwile złe, problemy, ale z każdej sytuacji znajdują wyjście. Powieść ma wydźwięk optymistyczny, daje nadzieję, że zawsze po ostrym zakręcie nasze życie może znowu wkroczyć na prostą drogę. I jeszcze na koniec dodam, że Wrocław jest tu też bohaterem, pisarka opisuje miasto w iście poetycki sposób i jego życie w zależności od pory dnia ma też wiele barw i odcieni. Zakończenie powieści jest mocno zaskakujące, po prostu magia. A niezwykły barman, co się z nim stało po całym dniu pracy? To anioł nie człowiek. „Kolejny dzień w mieście świateł i nadziei na lepsze jutro przeszedł do historii. może to lepsze jutro zaczęło się właśnie teraz, kto wie. (…) - No to dobranoc, Wrocławiu, słodkich snów.” Księżyc, „który  w całej swojej okrąglej okazałości rozpanoszył się nad miastem”, pozostał na warcie aż do wschodu słońca.

Zachęcam gorąco do sięgnięcia po tę niezwykłą opowieść o życiu pełnym barw i ich różnych odcieni. Zapewne i w Was wywoła wiele emocji i refleksji. A ja czekam na następną część powieści.          

środa, 29 maja 2019

"Więcej niż pocałunek" - Helen Hoagn (recenzja przedpremierowa!)


Helen Hoang, Więcej niż pocałunek, Wydawnictwo Muza 2019.

Według trzydziestoletniej Stelli świat powinien rządzić się jedynie prawami logiki. Tworzenie algorytmów wydaje jej się zdecydowanie prostsze niż relacje z mężczyznami. Wizja bliskości budzi w niej niechęć, a na myśl o całowaniu robi jej się niedobrze. Trochę pod wpływem matki, trochę dla samej siebie postanawia to zmienić. Na pewno nie pomagają jej chorobliwe trudności z nawiązywaniem relacji. Czy to wina objawów zespołu Aspergera, czy może Stella tak po prostu ma?

Do wprowadzenia zmian w swoim życiu Stella zabiera się nietypowo. Chce „nauczyć się współżyć”, potrzebuje dobrego treningu. Uznaje, że do ćwiczeń najlepiej nada się profesjonalista, czyli wynajęty mężczyzna do towarzystwa. Tak poznaje Michaela – przystojnego wrażliwca nierozpieszczanego przez życie. Chłopak podchodzi do swojej pracy bardzo poważnie. Plan lekcji, który wspólnie realizują, wychodzi znacznie poza całowanie. Ich biznesowy układ szybko zmienia swój charakter. Stella odkrywa, że w życiu najbardziej liczy się to, co wymyka się równaniom matematycznym.

Dla kogoś to tylko książka. A może nawet zlepek scen miłosnych z dialogami. Dziwna bohaterka i Pretty Woman w spodniach. Każdy ma swoje oczekiwania wobec powieści i opinię po jej przeczytaniu. Dla mnie to więcej niż książka. Brzmi patetycznie? Może, ale takie są moje odczucia.

„Więcej niż pocałunek” to brawurowy debiut Helen Hoang, która zainspirowana własnymi doświadczeniami, stworzyła historię miłosną z motywami psychologicznymi i dawką subtelnie rozegranych wątków erotycznych. To też opowieść o przemianie, walce z własnymi ułomnościami i swego rodzaju późnym dorastaniem. Prawa do ekranizacji książki – zaledwie kilka miesięcy od jej premiery – kupiła wytwórnia filmowa Lionsgate Motion Picture Group.

Ta książka to ukłon nie tylko w kierunku osób z Zespołem Aspergera. To ukłon wobec wszystkich, którzy skrycie lub też bez skrępowania marzą o wielkiej miłości. Nie takiej, że rycerz albo księżniczka, że koń, że konflikt rodzin czy co tam jeszcze znajdziemy w romantycznych historiach. Miłości, której synonimem jest poczucie bezpieczeństwa, spokój, zrozumienie i poczucie, że dla kogoś jest się po prostu najważniejszym.

Miłość to miłość. Niezależnie od tego, czy jest się całkowicie zdrowym, czy niepełnosprawnym, czy ma się jakieś zaburzenia. Wobec miłości wszyscy jesteśmy równi. Droga Stelli do poznania jej prawdziwego smaku nie była łatwa. Ale piękna. Czytając kolejne strony, na przemian śmiałam się i wzruszałam.

Książkę pochłonęłam w trzy dni. Bardzo mnie wciągnęła. Z utęsknieniem wyczekiwałam chwil, w których sięgnę po egzemplarz. Jaki jest język tej historii? Nie wyszukany, nie. Ale mimo to autorka zabrała mnie w fascynującą podróż - zarówno do psychiki Stelli, jak i Michaela. Sceny ich miłosnych zbliżeń są opisywane ze smakiem. Każdy szczegół ma znaczenie dla "terapii" bohaterka.

Czy polecam tę powieść? Oczywiście, że tak. Całym sercem. Już czekam na ekranizację. Mam nadzieje, że tego nie zepsują ;)

Premiera książki "Więcej niż pocałunek" 5 czerwca - zapamiętajcie tę datę!

sobota, 18 maja 2019

"Zagubiona" - Katarzyna Michalak (#MamaDropsaCzyta)


Katarzyna Michalak, Zagubiona, Wydawnictwo Mazowieckie 2019.
#MamaDropsaCzyta

Weekend majowy spędziłam m.in. z bestsellerem jednej z moich ulubionych autorek, Katarzyny Michalak. Pisarka – to pierwsza część trylogii autorskiej, najbardziej dojrzałych powieści. Tytułowa bohaterka, Ewa Kotowska, otrzymała od wydawcy propozycję napisania powieści biograficznej, opartej na faktach z jej burzliwego życia. Hasło promocyjne „Ta książka nie jest autobiografią Ewy Kot, ale…” miało być chwytliwe i zapewnić sukces. Lektura mną wstrząsnęła. Główni bohaterowie Weronika  Nocyk (czy Weronika to Ewa?) i Wiktor Helert to sąsiedzi, których połączyło cierpienie na skutek przemocy i poniewierania stosowanych przez rodziców. Ich dzieciństwo było nacechowane głodem miłości, serdeczności, zrozumienia, troski zarówno ze strony rodziców, jak i rówieśników w szkole. To wykształciło w nich pewne cechy osobowości, dzięki którym mogli wiele przetrwać w życiu. Weronice udało się poznać smak szczęśliwego dzieciństwa u babci Stefanii. Ale to zaledwie 6 lat niekończących się wakacji. Natomiast Herbertowskie przesłanie od babci: „Bądź wierna. Idź!” niezwykle jej pomogło w życiu. A przeżyła wiele. W dorosłość wkroczyła ze złamanym sercem, zdradzona, rozczarowana, zawiedziona, po raz drugi bezdomna. Natomiast Wiktor po wyjeździe dziewczyny na wieś zagroził, że wejdzie na złą drogę i tak też się stało, poprawczak z czasem zamienił na więzienie. Przeżycia bohaterów wstrząsają do głębi czytelnikiem, budząc skrajne emocje. Czy w 2. części ich los się polepszy? Dla mnie nie jest ważne, ile Katarzyny Michalak jest w Pisarce. Porwała mnie opowieść pełna miłości i zarazem nienawiści a jej bohaterowie zapadli głęboko w pamięć.

„Możemy stracić miłość, tak, to nie zależy jedynie od nas, ale od nas zależy, by nie stracić wiary w miłość”.

Zagubiona to  kontynuacja Pisarki. Podobnie jak w pierwszej części rozdziały są zatytułowane imionami bohaterów. W poświęconych Ewie Kotowskiej narracja prowadzona jest w 1.os. a w poświęconych Weronice – mamy do czynienia z narracją trzecioosobową. Ten zabieg Autorki sprawił, że pojawia się pytanie, czy Weronika to Ewa? Pisarka bowiem wyjechała z synkiem do Australii, gdzie w domu nad oceanem poczuła się bezpiecznie. Ale miłość, tęsknota za ojczyzną co jakiś czas kazały jej pakować walizkę i lecieć do Warszawy. I tu nadarzyła się okazja, by kupić mieszkanie babci Stefanii w ślicznej kamienicy. Weronika podczas pobytu u babci, zachęcona przez nią, zaczęła zapisywać najważniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Poczuła w sobie TO COŚ. Ujawnił się jej talent pisarski. Myślę, że tajemnica się wyjaśni. Jak potoczyły się dalsze losy Weroniki i Wiktora? Śliczna  okładka w pastelowych kolorach i uwieczniona na niej panna młoda (ale odwrócona) oraz złotymi literami zapisana myśl: „Każda z nas ma prawo do szczęścia…” dają nadzieję, że miłość mimo wszystko zwycięży. Jednak na drodze do szczęścia bohaterów pojawią się źli ludzie, którzy uczynią piekło z ich życia, jak prześladowca Wiktora i potworny manipulant obojgiem  - wyrachowany Zadra. Zmusi chłopaka do zawarcia pewnego paktu, w którym stawka będzie bardzo wysoka. Pojawią się także i dobrzy ludzie, którzy będą śpieszyć na ratunek, nieść pomoc, zapewniać bezpieczeństwo, otoczą czułością i stworzą namiastkę rodziny jak dr Piotr Kochanowski, weterynarz, który uratuje Weronikę z rąk Zadry, da schronienie, pracę w lecznicy, dzięki której dziewczyna może zrealizować swoje marzenie o maturze i o studiach. Ale znowu parszywy los nie oszczędzi dziewczyny. I znowu Zadra mistrz kamuflażu sprawi, że będzie musiała wyleczyć się z miłości, ale zapomnieć się nie da. Tęskniła za miłością, za bliskością, za kimś, w kim będzie mieć oparcie. Spotkała na swojej drodze trzech braci, z którymi się zaprzyjaźniła, dr Piotr mentor, niebieskooki blondyn, wydawał się „księciem światła i słońca” darzyła go zauroczeniem, z czasem niewinnie pokochała. Dlaczego Piotr traktował Weronikę jak siostrę? Przecież bardzo mu się podobała i pragnęła jego miłości. I znowu los sprawił, że musiała wrócić do Warszawy, zamieszkać w kamienicy, w plugawej kawalerce,  i zawrzeć układ z ojcem. A i lekarz postawił jej twarde warunki i ją odrzucił. Samotność bardzo bolała. Jedynie dostanie się na upragnione studia mogło dać dziewczynie chwile szczęścia. I to się jej udało, marzenie o weterynarii się spełniło. Bardzo szybko zjednała sobie koleżanki i kolegów, stając się duszą towarzystwa. Pojawiali się w jej życiu studenckim i koledzy amanci, ale Weronika była pechowa. Listy nie dochodziły do Wiktora, ani jego do Weroniki. Nadzieja na ich wspólną przyszłość umarła. Dlatego też spragniona miłości i szczęścia dziewczyna dokonała życiowego wyboru, popełniając kolejne błędy i mimo przestróg koleżanek wyszła za mąż za  studenta medycyny, który okazał się niezłym manipulantem, człowiekiem zakłamanym, dwulicowym. A jej się wydawało, że dobrze wybrała, że czeka ją bezpieczna przyszłość. Bardzo szybko się przekonała, że to był głupi wybór – wpadła bowiem w ręce psychopaty, który życie małżeńskie zamienił w piekło. Dlaczego naiwna nie poszła za głosem serca, tylko posłuchała rozsądku, zagłuszając intuicję, głosy ostrzegawcze koleżanek. Jej niewyobrażalne cierpienie stało się nie do zniesienia. Poddała się …Dlaczego tak się stało? Dlaczego nie zawalczyli z Wiktorem o swoją miłość, o swoje szczęście, tylko dali się zmanipulować przez złych ludzi i wplątać w niedorzeczne układy. Od ich wyboru zależało życie drugiego, ukochanego, co uśpiło rozsądek. Czy Weronika i Wiktor, których życie tak boleśnie doświadczyło, odnajdą drogę do siebie?

Podczas czytania a właściwie pochłaniania powieści, towarzyszyły mi niesamowite emocje: złość, gniew, niedowierzanie chwilami, jakie pokłady zła mogą tkwić w człowieku. Jak dziewczyna mocno stąpająca po ziemi, którą los boleśnie doświadczył, ale która ma  marzenia, nadające jej życiu sens, cel może się tak zagubić wśród ludzi , poddać i wręcz zginąć. To dla mnie niewyobrażalne. Jak człowiek może zaszczuć drugiego człowieka? Ileż twarzy może mieć drugi człowiek? Dlaczego? Za co? Jak to możliwe, że piękna dziewczyna stała się marionetką z odciętymi sznurkami. Zakończenie tomu jest wręcz szokujące. Mocno mną wstrząsnęło. Ale nadzieję daje ostatnie zdanie. wcześniej tez poznajemy dewizę życiową pisarki Ewy Kotowskiej: „ Moje powieści mają dawać nadzieję, że po każdej nocy wstaje dzień. Że mamy wybór, od nas zależy to, jak nasza bajka się skończy…”.  Mam nadzieję, że zagubiona w świecie manipulacji, kamuflażu, wyrachowania, ludzkiej podłości i bezwzględności Weronika zrealizuje w następnej części swoje marzenia. „Marzenia były dla Weroniki, dziś Ewy Kotowskiej, wszystkim”.

Akcja powieści toczy się wartko, historia Weroniki i Wiktora przeplatana jest rozdziałami współczesnymi z życia Ewy Kotowskiej. Język barwny, nacechowany emocjonalnie, chwilami dosadny, potoczny, zastosowana indywidualizacja języka podkreśla cechy charakterologiczne i osobowościowe bohaterów.   

Katarzyna Michalak, autorka czterdziestu bestsellerów, włożyła w napisanie powieści mnóstwo prawdziwych uczuć i serca. Wykreowała w powieści świetne postacie, które nie są idealnymi, ale ludźmi z krwi i kości. Niektóre z nich są typami spod ciemnej gwiazdy, złymi do szpiku kości – manipulantami, psychopatami. Pisarka poruszyła tu ważny problem przemocy fizycznej i psychicznej - jej ogromnej sile niszczącej.


Dziękuję z całego serca Katarzynie Michalak za egzemplarz recenzencki.
       

środa, 15 maja 2019

"Podaruj mi jutro" - Ilona Gołębiewska


Ilona Gołębiewska, Podaruj mi jutro, Wydawnictwo Muza 2019.

Piękny język, historia chwytająca za serce, niejednoznaczni bohaterowie, z którymi mam ochotę się zaprzyjaźnić – tego oczekuję od dobrej powieści obyczajowej (tzw. literatury kobiecej). Ilona Gołębiewska już po raz szósty mi to zagwarantowała. Debiutowała serią o starym domu. Dziś premiera pierwszej części nowej sagi. Jak ja się cieszę, że przeczytałam to cudeńko!

Lipowe Wzgórze łączy ludzi w różnym wieku, o różnym statusie społecznym, z różnym bagażem doświadczeń.  Cudownie, że pierwsze spotkanie z Anielą i pozostałymi bohaterkami nie jest ostatnim. Początek jest obiecujący i chwyta za serce. Obok takiej historii – napisanej tak pięknym językiem, o ludziach z krwi i kości, z tajemnicą w tle nie można przejść obojętnie. Mam nadzieję, że, choć emocje po lekturze wciąż są żywe, uda mi się zachęcić Was do lektury książki, nie zanudzając i nie spojlerując za bardzo. Podaruj mi jutro zasługuje na to, by podarować jej czas.

Dwór na Lipowym Wzgórzu należy do rodziny Horczyńskich niemal od dwustu lat. Stanowi także wielką atrakcję dla turystów odwiedzających Podlasie. Jego właścicielką jest Aniela, słynna malarka. Zmęczona światowym życiem postanawia osiąść w rodzinnych stronach. Zakłada na Lipowym Wzgórzu Akademię Sztuk Anielskich, której pomysł narodził się dzięki lokalnej legendzie o aniołach. Czy zyska poparcie kobiet z rodziny Horczyńskich, czyli Sabiny, Klary i Lilianny?

Przyjazd redaktora prowadzącego program „Maluchem przez Polskę”, niesforna przyjaciółka podbijająca Internet motywującymi filmikami, odkrycie podziemnych korytarzy we dworze, poszukiwanie przez Anielę ukochanego Witka, który przed laty zniknął bez wieści… Wszystko to sprawia, że życie mieszkańców dworu pełne jest atrakcji, humoru, ale czasem także trosk.

Zmartwieniem Anieli jest również konflikt Horczyńskich i ich sąsiadów Gajowiczów. W czasie wojny na Czarnym Szańcu doszło do pogromu oddziału partyzantki, w którym zginęli członkowie obydwu rodzin. Czy odnalezienie dzienników z czasów wojny pozwoli Anieli oczyścić dobre imię ojca, którego podejrzewano o zdradę?*

Przyznam, że jako 26-letnia bezdzietna singielka troszkę bałam się tej fabuły. Dlaczego? Ze względu na bohaterkę. Tym razem Ilona Gołębiewska nie zaprasza czytelniczek do świata około 30-letnich kobiet doświadczonych przez los. Aniela – bo takie imię nosi postać-serce tej powieści, ma tych lat nieco więcej. To pani 60+. Matka, babcia, przyjaciółka. Dlaczego postać-serce? Po pierwsze – bo to główna bohaterka, a takie są sercem każdej książki – spoiwem wątków i pozostałych postaci. Po drugie, to ona jest sercem niezwykłego dworu na Lipowym Wzgórzu. Dworu z piękną, lecz trudną historią. Jest sercem, aniołem dla mieszkańców i stałych bywalców posiadłości – swoich przyjaciółek, ich dzieci i ludzi, którym podaje pomocną dłoń. Kobieta-anioł? Nie. Aniela, choć imię sugeruje co innego, nie jest bez skazy. Aniela jest człowiekiem jak każdy z nas. Ma na sumieniu większe i mniejsze grzeszki. Nie potrafi porozumieć się z córką Sabiną, tęsknota za wnuczkami ciąży jej każdego dnia. Pamięć o ukochanym z młodzieńczych lat kładzie się cieniem na jej relacjach z mężczyznami i całym dorosłym życiu. Artystka, malarka, poświęca się pracy, nie wypełniając przy tym należycie rodzicielskich obowiązków… Jej siły i myśli pochłania także próba oczyszczenia dobrego imienia ojca, który został oskarżony o zdradę kolegów z oddziału i wysłanie ich na pewną śmierć… Antoni Gajowicz, człowiek o zimnym jak lód sercu, który zamiast szacunku budzi wśród mieszkańców okolicy lęk, nie ułatwia jej tego zadania.

Dwór będący własnością Anieli to ukryta pośród lip przystań dla skrzywdzonych, samotnych, dotkniętych chorobą albo traumatycznym przeżyciem rozbitków. Znajdują oni spokój, poczucie bezpieczeństwa, miłość i opiekę, właśnie w posiadłości rodu Horczyńskich. Podaruj mi jutro to nie tylko historia Anieli. To także losy bliskich jej osób. Poznajemy przyjaciółki głównej bohaterki – dotkniętą chorobą nowotworową emerytowaną nauczycielkę, jej syna weterana wojny w Iraku, pobitą niemal na śmierć Julię, szukającego sensacji i łatwych pieniędzy dziennikarza… Nikt jednak nie opuszcza posiadłości bez plastra na sercu – także Czytelnik.

W tym domu nie tylko czuć zapach lip i innych roślin; potraw wybitnej kucharki Basi czy farb Anieli. To miejsce kojarzy się przede wszystkim z troską, oddaniem, bezinteresownością. I Czytelnik, choć wydaje się, że zajrzał tam tylko na chwilę, nie potrafi opuścić Lipowego Wzgórza. Myślę, że zachwyt tym miejscem potęgują przepiękne opisy. Ilona Gołębiewska przykłada ogromną wagę do języka – zarówno w narracji, jak i w dialogach. Metaforami, porównaniami, epitetami oddaje krajobraz Podlasia. Uruchamia każdy zakamarek wyobraźni, a zmysły wyostrza do granic czytelniczych możliwości. Sprawia, że czuje się zapach kwiatów, stąpa bosą stopą po zroszonej trawie, patrzy na dzieła sztuki czy słyszy gwar rozmów.

Podaruj mi jutro to przepiękna książka o miłości, przyjaźni. O wierze i nadziei, których nie zabija mijający czas. Bohaterka poszukuje prawdy, wspomina ukochanego z dawnych lat… Jak zakończą się jej poszukiwania? Czy odnajdzie spokój w sercu? Czy nawiąże nić porozumienia z córką i wnuczkami? Tego nie zdradzę – po odpowiedzi na te pytania odsyłam do powieści.

Siła jest kobietą. Także w historii Ilony Gołębiewskiej. W kolejnych tomach poznamy bliżej Sabinę i jej córki. Już nie mogę się doczekać tych literackich spotkań! A Was ponownie namawiam – podarujcie tej książce swój czas. Nie pożałujecie!




niedziela, 12 maja 2019

"Niebezpieczna gra" - Emilia Wituszyńska (recenzja przedpremierowa!)


Emilia Wituszyńska, Niebezpieczna gra, Wydawnictwo Kobiece 2019.

Niebezpieczna gra, debiut Emilii Wituszyńskiej, towarzyszył mi podczas ostatnich podróży pociągiem do i z Warszawy. Kilka godzin w trasie wystarczyło, by przeczytać tę książkę. Jak wrażenia? Wydawca twierdzi, że to historia podobna do tych pisanych przez Paulinę Świst. Ma rację, ale… moim zdaniem nie do końca. Szczegóły poniżej – zachęcam do przeczytania recenzji.

Będę szczera – do pewnego momentu oceniałam Niebezpieczną grę dość krytycznie. Odwrócony Bodyguard. On w niebezpieczeństwie, ona pilnuje go na każdym roku. Wszystko to kończy się zakochaniem. Czy z happy endem? Wiecie, że nie zdradzam zakończeń ;) . Typowy schemat, kilkanaście przekleństw, „erotyczne wycieczki” w myślach, i nie tylko, bohaterów, świat polskiej policji od kulis, zdrady, porachunki mafijne. W książce znalazło się niemal wszystko. Kiedyś pewnie zachwyciłabym się takim połączeniem, dziś oczekuję, nawet od tego typu historii, czegoś więcej niż rozrywki i chwili zatopienia się w lekturze. Ale… Niczym w dobrym filmie, o czym opowiadał Tomasz Sekielski podczas Targów Książki w Rzeszowie,  nastąpiło aż tu nagle – boom, którego się nie spodziewałam i który sprawił, że spojrzałam na debiut Emilii Wituszyńskiej przychylniej.

Weronika, świetna policjantka, ulubienica szefa, nie potrafi się otrząsnąć po śmierci służbowego partnera – obwinia się o tragiczne zakończenie akcji. Jej przyjacielem staje się alkohol. Tymczasem dochodzi do zabójstwa kandydata na premiera, a jedynym świadkiem zbrodni jest… pijany aktor. Przemek, bożyszcze nastolatek (i nie tylko), król ekranu, bilbordów i ścianek w strachu o swoje życie domaga się ochrony. Dostaje ją. Jego aniołem stróżem zostaje nie kto inny a Weronika właśnie. Kobieta w przeciwieństwie do tysięcy fanek nie podziwia jego talentu i urody. Do czasu… Wspólne życie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę zbliża ich do siebie, a przykrywka – czyli udawanie pary – wymyka się spod kontroli… Jak wspomniałam, schematycznie było do czasu. Do tego aż tu nagle. Okazuje się, że sprawa związana z zabójstwem polityka ma dużo głębsze dno niż się wydawało. Spisek sięga najwyższych szczebli władzy i wchodzi z butami w niejedną rodzinę. Finał śledztwa zaskakuje – i bohaterów, i czytelników.

Niebezpieczna gra to dobra propozycja dla osób, którzy czytając, chcą oderwać się od rzeczywistości i zatopić w innym świecie. Książka wciąga niczym serial na Netflixie. Fabuła i zapis historii też przypominają serial – dialogi przeważają, nie ma zbyt wielu refleksji. Akcja toczy się szybko, opisy są bardzo dynamiczne. Cieszę się, że bohaterowie mają związek z Podkarpaciem i Bieszczadami – te rejony są mi bliskie, a zdecydowanie za rzadko pojawiają się w polskiej literaturze. Co z językiem? Tu bez zaskoczenia – jest prosty, ale trzeba to wyraźnie podkreślić – nie prostacki. Wulgaryzmy się pojawiają, ale jest ich mniej niż we wspomnianych powieściach Pauliny Świst. Także opis scen erotycznych są delikatniejsze i jest ich zdecydowanie mniej niż u autorki Komisarza. Bardzo podobał mi się graficzny element pojawiający się na pierwszej stronie kolejnych rozdziałów – dodawał mroku i tajemniczości.

Z jednej strony pewna część historii została zamknięta. Z drugiej – otwarte drzwi pozwalają na napisanie kolejnej części. Jeśli będzie, mimo początkowych rozterek przy lekturze tej książki, chętnie po nią sięgnę – mieszanka świata policji i zbrodni ze światem show biznesu zaciekawia.

Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!

sobota, 11 maja 2019

"Kuracja dla serca" - Agnieszka Szacka (recenzja przedpremierowa!)


Agnieszka Szacka, Kuracja dla serca, Wydawnictwo W.A.B. 2019.
#MamaDropsaCzyta

Agnieszka Szacka napisała książkę „Kuracja dla serca”, jej premiera już wkrótce – 15 maja. Niestety, nie mogłam znaleźć żadnych informacji na temat autorki. A to nasze pierwsze spotkanie. Moją uwagę przyciągnął tytuł książki, klimatyczna okładka, urocze i znane mi miejsce akcji Nałęczów. „Druga młodość, kolejna szansa, druga miłość” – frapujące.         O jaką kurację dla serca tu chodzi?

Byłam w Nałęczowie kilkakrotnie w szpitalu sanatoryjnym, gdzie kurowałam swoje serce po przebytych zabiegach kardiologicznych w ramach wczesnej rehabilitacji. Poznałam kurort zimą, wiosną i latem przechodzącym w jesień. Przepiękny park zdrojowy, który o każdej porze roku zapewnia kuracjuszom leczenie klimatem, oprócz, rzecz jasna, fantastycznej oferty zabiegów. Wracając do powieści, w tytule możemy dopatrzyć się  drugiego dna, znaczenia metaforycznego. Myślę, że fabuła książki nam to wyjaśni…

Bohaterką powieści jest 56-letnia Renata, polonistka, od 10 lat rozwiedziona (małżeństwo z Markiem było pomyłką), matka dwojga dorosłych już dzieci, twardo stąpająca po ziemi, nie poddawała się emocjom. Po długim i bolesnym rozwodzie straciła zainteresowanie mężczyznami, nie rozmawiała i wyparła słowo „seks” ze swoich myśli, ze swojego życia.  W chwili, gdy ją poznajemy, przebywa na urlopie zdrowotnymi i wybiera się na trzytygodniową kurację do Nałęczowa, aby ustabilizować ciśnienie  i uspokoić skołatane nerwicą serce. Renata trafiła do sanatorium Jesienne Wąwozy – zespołu trzypiętrowych budynków z lat siedemdziesiątych, ale teren wokół był piękny: dużo drzew, krzewów, klomby z kwiatami a wśród nich ulubione peonie Reni. Pokój dzieliła z Jolą - jedną z „lamparcic”, czyli krzykliwie ubranych i wyzywająco pomalowanych, głośnych kuracjuszek-kokietek, „obytych towarzysko”, które przyjeżdżają na turnusy, aby „poznać pana na poziomie”. Już na pierwszym spotkaniu z dyrekcją kuracjuszkom rzucił się w oczy Paweł Dobrowolski, przystojny, piękny mężczyzna, lekarz, w dodatku kardiolog transplantolog po zawale, co brzmiało żartobliwie. Szybko dał się poznać wzdychającym za nim kuracjuszkom i personelowi jako nieprzyjemny typ i nadęty dupek. Był wdowcem, żona zmarła na raka, dopiero po jej odejściu uświadomił sobie, że jej nie doceniał we wspólnym życiu. Posypało mu się życie, praca, serce, on sam. Zaczął pić. Dopiero podczas spaceru otworzył się przed Renią, wymienili uwagi o terapii, zaproponował wycieczkę do Bochotnicy.

Czytając powieść, czekałam na spacer bohaterów po uroczym parku zdrojowym, żeby przypomnieć sobie swoje trasy. I  się nie zawiodłam, ponieważ Renata uzbrojona w mapę wybrała się na przechadzkę. Szłam więc za nią Armatnią Górą w stronę ulicy 1 maja, okrążyłyśmy park zdrojowy, by wejść do niego Bramą Wschodnią. A powietrze świeże, wilgotne od „kipiącej wszędzie zieleni”. W centrum parku był usytuowany Pałac Małachowskich, wokół którego rosły najpiękniejsze w Polsce lipy. Niedługo już zakwitną! Renata usiadła na ławce w bocznej alejce i napawała się kwiatostanami kasztanowca czerwonego, stylowymi, starymi uzdrowiskami, następnie ruszyła w kierunku stawu, mijając Pijalnię Wód mineralnych i imponującą palmiarnię, pijalnię czekolady. Na środku stawu znajdowała się zarośnięta zielenią Wyspa Miłości. pływały kaczki i łabędzie a wokoło pełno było spacerujących par w różnym wieku. Dzięki powieści poznajemy także uroczą okolicę Nałęczowa: Bochotnicę Małą i Wielką, które należały do tego samego majątku. Bohaterowie wybrali się na piękny spacer wąwozem do ruin zamku na wzgórzu, racząc się romantycznymi legendami o Esterce i królu Kazimierzu Wielkim. Poznajemy też Kazimierz i jego okolice – najpiękniejszy wąwóz Korzeniowy Dół, Górę Trzech Krzyży. A jak rozwinęła się znajomość Renaty i Pawła? Co uświadomił obojgu bohaterom przyjazd do Nałęczowa, terapia, spacery, czas dla siebie, na rozmyślania o życiu, o sercu, o miłości i o przyszłości? Powiem tylko, że oboje dużo się dowiedzieli o sobie. Po resztę odsyłam do powieści.

Oprócz pary świetnie wykreowanych bohaterów tak różniących się od siebie, których połączyły zranione serca, pojawia się w powieści cała plejada postaci typowych kuracjuszy, którzy przyjeżdżają da sanatorium po zdrowie, aby znaleźć towarzysza lub towarzyszkę na czas pobytu, fajnie spędzić czas na rozrywkach wykraczających poza ofertę sanatoryjną. Autorka oddała doskonale atmosferę, jaka panuje na turnusach. Urzekły mnie także pięknie malowane słowami i oddziałujące na różne zmysły opisy parku zdrojowego – ja byłam tam z bohaterką, widziałam, słyszałam i czułam.

Ciekawa jest też historia Jolki „lamparcicy”, która dała się poznać tak naprawdę Renacie. Przyjaciółka zbyt stereotypowo i niesprawiedliwie  ją oceniła. A wprost oniemiała, słuchając jej teorii o zamkniętych drzwiach zakończonych definicją szczęścia, z którą się też zgadzam. Jak zatem kuracja wpłynęła na serca bohaterów? Czy kontynuowali znajomość po wyjeździe z sanatorium? I jak to jest z tą miłością w sanatorium?

Odpowiem krótko: wyjazd do sanatorium ma sens, człowiek ma bowiem czas, aby się zastanowić nad przyczyną problemów sercowych i wyjechać stamtąd po krótkich wakacjach od życia z sercem w lepszej kondycji – dosłownie i w przenośni. Zachęcam zatem gorąco do sięgnięcia po powieść. Bardzo się cieszę, że debiutancka powieść Agnieszki Szackiej „Kuracja dla serca” trafiła w moje ręce. Choć czyta się ją lekko, to skłania do refleksji o życiu, o miłości, o śmierci, o sercu. Próbuje zdefiniować miłość, szczęście. Uświadomiła mi, pacjentce kardiologicznej, uwierzyć, że człowiek w każdym wieku ma prawo do miłości, do fascynacji, zauroczenia a nawet pożądania. A polubienie siebie poprawia kondycję serca i relacje z bliskimi. nie muszę mieć idealnego życia, ale mogę wieść dobre życie i to zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Zawsze jest czas na zmiany. Dziękuję Autorce szczególnie za wywołanie we mnie tych refleksji. I wiem, że latem wybiorę się z Mężem do Nałęczowa na spacer po parku zdrojowym i koniecznie do Bochotnicy.  

Polecam gorąco powieść na majowe, czerwcowe wieczory. Może i Was zachęci do letniego wypadu do Nałęczowa.

Wydawnictwu W.A.B. bardzo dziękuję za egzemplarz recenzencki!