wtorek, 29 listopada 2016

"I obiecuję ci miłość..." - Marta W. Staniszewska


Zmysłowa, miłosna i pełna tęsknoty za prawdziwym szczęściem – tak w kilku słowach można przedstawić powieść Marty W. Staniszewskiej I obiecuję ci miłość… Zdaniem autorki jest niedługa i banalnie przewidywalna. Fakt, liczy niecałe trzysta stron. Ale czy banalna? Nie dla mnie. Dla mnie prawdziwa miłość nigdy nie jest banalna.

Izabella Colombe-Dębska to główna bohaterka historii. Ma dwadzieścia parę lat i pracuje, a właściwie dorabia w wydawnictwie jako redaktorka romansów. Niczego jej nie brakuje – mieszka w pięknym domu i wiedzie życie u boku przystojnego i bogatego męża. Szczęśliwe życie? To tylko pozory  – dom jest dla niej niczym złota klatka, a przysięga małżeńska złożona przed ołtarzem nie pozwala jej nawet myśleć o rozwodzie. Tomasz skutecznie odgradza żonę od świata. Z trudem toleruje jej spotkania z przyjaciółką Magdą, a pracy dla wydawnictwa nie traktuje poważnie. Izabellę  natomiast postrzega jako ozdobę, niezbędny dodatek do wizerunku podczas licznych spotkań biznesowych. Nie zauważa w niej kobiety w przeciwieństwie do Wincenta, z którym właśnie wszedł w spółkę…

Wincent Porter należy do grona przyjaciół Dębskiego. Razem z Erykiem oraz bratem Izy, Michałem, tworzyli przed laty prawdziwy męski team. Do czasu. Do momentu wyjazdu i złamania obietnicy. Konsekwencje niedotrzymania słowa Wins odczuwa do dziś… Czy przeznaczenie pozwoli mu naprawić błędy przeszłości? Czy Iza, którą porzucił bez słowa wyjaśnienia, da mu drugą szansę?

Książkę czytałam jednym tchem. Autorka dzieli ją na rozdziały i stosuje narrację trzecioosobową. Marta Staniszewska powoli wprowadza czytelnika w świat bohaterów i odsłania tajemnice sprzed lat. Pisze prostym językiem. Ze względu na francuskie pochodzenie Magdy co jakiś czas wtrąca zwroty rodem znad Sekwany. Troszkę mnie to denerwowało, nie lubię częstych obcojęzycznych przerywników w polszczyźnie, ale nie wpłynęło  na finalny odbiór powieści.

Obiecywana w tytule miłość dotyczy nie tylko porozumienia serc i dusz. Autorka nie szczędzi czytelnikowi dość szczegółowych relacji z fizycznych zbliżeń bohaterów. Te zmysłowe spotkania, choć niektórych mogą bulwersować, mają ogromny wpływ na życie i postawę postaci, szczególnie Izy. Namiętny seks  budzi w niej uśpioną dotąd kobiecość i dodaje odwagi.

Cieszę się, że wzięłam udział w akcji „Book tour” organizowanej przez Cyrysię. I obiecuję ci miłość… obudziła we mnie wiele emocji – od strachu po wzruszenie i radość. Opowiada nie tylko o prawdziwej miłości, ale także o walce o marzenia oraz poczucie własnej wartości. Fascynuje od pierwszej do ostatniej strony. Jestem pewna, że przypadnie do gustu wielbicielkom powieści obyczajowych i erotycznych oraz romantyczkom marzącym o wielkiej miłości.


Książka została przeczytana i zrecenzowana w ramach akcji „Book tour” organizowanej przez blog Literacki Świat Cyrysi.

niedziela, 27 listopada 2016

"Ryżowy podarunek" - Francisco Azevedo





Wydawnictwo Kobiece, z którym współpracuję od pewnego czasu, przysłało mi wspaniały podarunek do recenzji – Ryżowy podarunek. Niech tytuł Was nie zmyli. Owszem, gotowanie to ważny wątek w powieści, ale najważniejsza jest w niej rodzina – miłość, relacje między jej członkami oraz nietypowy składnik gwarantujący szczęście. To liryczna i pełna ciepła opowieść o trzech pokoleniach z pachnącą kuchnią w tle. 


A teraz załóżcie fartuszki, wybierzcie deseczkę, najostrzejszy nóż i bądźcie ostrożni. Wkrótce wy też będziecie cuchnąć cebulą i czosnkiem. Nie przejmujcie się, jeśli zapłaczecie. Rodzina to wzruszające danie. A my płaczemy – z radości, wściekłości lub smutku.


Francisco Azevedo zabiera czytelnika do Portugalii, a następnie Brazylii – to tam dzieje się większa część akcji powieści. Jest 11 lipca 2008 roku. Antonio, główny bohater i zarazem narrator Ryżowego podarunku, przygotowuje się do wyjątkowej uroczystości. W towarzystwie żony, rodzeństwa, dzieci, wnuków i krewnych będzie świętował setną rocznicę ślubu zmarłych przed laty rodziców. Ślub, a właściwie prezent, jaki para młoda otrzymała, zmienił losy całej rodziny. Oczekiwanie na spotkanie skłania Antonia do refleksji i wspomnień. Niczym aktor na teatralnej scenie opowiada czytelnikowi, widzowi, o losach najbliższych – rodziców, rodzeństwa, żony, dzieci i wnuków. Zaczyna od historii miłości rodziców, kończy na świątecznym obiedzie z 2008 roku. 


Są rodziny, które są słodkie. Inne – lekko gorzkie. Jeszcze inne mocno pikantne. Są też takie, które zupełnie nie mają smaku – takie jakby „Rodziny dietetyczne”, które toleruje się tylko po to, by zachować figurę. Bez względu na wszystko, rodzina to danie, które zawsze podaje się na gorąco, bardzo gorąco. Zimna rodzina jest nie do zniesienia, nie do przełknięcia. 


Dwanaście kilogramów ryżu – taki prezent ślubny podarowała parze siostra Pana Młodego. Z ciotką Palmą Antonio miał doskonały kontakt. To ona wprowadziła go w świat rodzinnych tajemnic i opowiedziała historię ryżu. Ryżu, który przez pokolenia uważano za źródło miłości, szczęścia i płodności. Ryżu, który należało traktować z szacunkiem i wyczuciem, by nie stracił magicznej mocy.

Ryżowy podarunek to powieść godna polecenia. Autor pisze pięknym językiem o najpiękniejszych relacjach i uczuciach. Metafory, epitety i porównania odnoszące się do relacji rodzinnych, wywołują uśmiech na twarzy czytelnika i zmuszają do refleksji, do zrobienia „rodzinnego rachunku sumienia”.


Rodzina to danie, którego, gdy jest już gotowe, nie da się powtórzyć.


Wydawnictwu Kobiece dziękuję za egzemplarz do recenzji :)
Liczba stron: 320


czwartek, 17 listopada 2016

"Behawiorystwa" - Remigiusz Mróz




Remigiusz Mróz przyzwyczaił mnie do napięcia, strachu i zaskakujących zakończeń. Jego nazwisko jest dla mnie gwarancją dobrego kryminału i emocjonującej, mrożącej krew w żyłach lektury. Behawiorystę, jedno z najmłodszych „dzieci” autora, chwaliło wielu czytelników i recenzentów, pisząc w opiniach, że to najlepsza powieść Mroza. Moim zdaniem laudacje nie są przesadzone. Remigiusz Mróz skomponował fantastyczne dzieło – straszne i poruszające. Ta powieść, będąca połączeniem kryminału i thrillera, sprawia, że Wydawnictwo Filia Mroczna Strona pokazuje swoją mroczniejszą twarz. 

Tytułowym behawiorystą jest Gerard Edling. To były prokurator dyscyplinarnie wydalony ze służby. Także policja, z nieznanych szerszym kręgom przyczyn, zrezygnowała z jego współpracy. Mieszka z żoną i synem w Opolu. Mieszka i chyba na tym ich relacje się kończą… Nie potrafi porozumieć się z nastoletnim Emilem, małżeństwo od dawna uważa za fikcję. Edling jest specjalistą od kinezyki, działu nauki zajmującego się badaniem komunikacji niewerbalnej i znawcą oraz propagatorem savoir-vivre. Z tłumu wyróżnia go również strój – beżowe: marynarka, kamizelka i spodnie oraz biała koszula z czarnym krawatem. Sławę przyniósł mu nie tylko ekscentryzm, ale przede wszystkim to, że potrafi rozwiązać każdą sprawę. Do czasu.

Zamachowiec zajmuje przedszkole. Grozi, że zabije dzieci i wychowawców. Nie przedstawia żadnych żądań, co utrudnia pracę policji. W dodatku na żywo transmituje to, co dzieje się w przedszkolu… Nic więc dziwnego, że gdy całe Opole wstrzymuje oddech, a służby wydają się być bezradne, Edling wkracza do akcji. Rozpoczyna się gra między Behawiorystą a Kompozytorem. Między ścigającym a ściganym. Między sprawiedliwością a poczuciem misji i chęci naprawy świata.

Kompozytor to przeciwnik godny Edlinga. Wydaje się być jego uczniem – jest obeznany w kinezyce. Cały czas wyprzedza byłego prokuratora o krok. Zamachowiec uważa się za kompozytora, a dyrygentem mianuje swoich widzów. Prowadzi grę, a właściwie komponuje mroczny „Koncert krwi”. Ludzkiej krwi.

Choć Remigiusz Mróz wydaje się być najpłodniejszym polskim pisarzem ostatnich miesięcy, jego powieści nie tracą na jakości. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że Behawiorysta to zbiór wszystkiego, co doskonałe w twórczości opolanina. 

Mróz kolejny raz stworzył oryginalne, wyraziste, mroczne i tajemnicze postaci. Kompozytor jest bardzo, bardzo negatywnym bohaterem, ale mimo to intryguje czytelnika od początku do końca. Jego poczynania i wybory, jakie stawia przed widzami internetowej relacji, zmuszają do zrobienia rachunku sumienia i, częściowo, podejmowania decyzji, opowiedzenia się za którąś ze stron. Kompozytor to bestia w ludzkiej skórze, o czym świadczą makabryczne opisy okaleczeń dokonywanych na zakładnikach. 

Warto podkreślić, że doskonałość autora nie kończy się tylko na sposobie kreowania postaci. Remigiusz Mróz znów jawi się jako mistrz pióra. Porusza wyobraźnię i zmysły pogrążonego w lekturze mrozoholika. Przeprowadza kolejną lekcję języka polskiego w zakresie słownictwa policji i instytucji prawniczych. Dzięki postaci Edlinga udziela korepetycji z behawioryzmu i dobrych manier. Zabiera czytelnika do rodzinnego miasta, plastycznie opisując najbardziej mroczne zakamarki stolicy województwa śląskiego. 

Behawiorysta może przypominać serię o komisarzu Forście (Ekspozycja, Przewieszenie, Trawers). Gerard Edling to „prawniczy Wiktor” – mężczyzna z przeszłością, charakterystycznym zachowaniem i wyglądam oraz nie zawsze konwencjonalnym podejściem do śledztwa. Prokurator Beata Drejer, była podwładna tytułowego bohatera, ma kilka wspólnych cech z tatrzańską koleżanką po fachu, Dominiką Wadryś-Hansen. To tylko podobieństwa, nie ma mowy o kopiowaniu wątków czy bohaterów. W Behawioryście Remigiusz Mróz zaprasza czytelnika do świata zdecydowanie mroczniejszego niż w poprzednich książkach.

Przy lekturze towarzyszyła mi potężna dawka emocji, nieustanne napięcie i oczekiwanie na finalne nuty „Koncertu krwi”. Doszło do tego, że ostatnie kilkadziesiąt stron pochłonęłam kosztem ciekawego i zazwyczaj chętnie słuchanego przeze mnie wykładu. Nie mogłam się skupić na zajęciach, nie wytrzymałabym do wolnego popołudnia. 

Behawiorysta nie tylko sprowadza studenta na złą drogę ;-) Przede wszystkim przedstawia bestię, którą każdy z nas może codziennie mijać na ulicy. Zaprasza na koncert, który, choć nie jest formą rozrywki, tylko barbarzyństwa, uzależnia i nie pozwala odłożyć lektury przed końcowym zdaniem. Remigiusz Mróz znów mnie zmroził. I to bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Jeśli nie znacie twórczości tego autora, zacznijcie od Behawiorysty. Zacznijcie od wysokiego B.

wydawnictwo: Filia (Mroczna Strona)
liczba stron: 496 


czwartek, 10 listopada 2016

"Kochając pana Danielsa" – Brittainy C. Cherry


Śledzicie książkowe konta na Instagramie? Ja tak. Choć rzadko biorę udział w fotograficznych zabawach, z zainteresowaniem czytam lub oglądam odpowiedzi obserwowanych przeze mnie książkoholików. Do tej pory na pytania dotyczące idealnego literackiego męża odpowiadałam w duchu: „Mikołaj Starski”, który był drugą połówką Hani w serii o szczęściu autorstwa Anny Ficner-Ogonowskiej (Alibi na szczęście, Krok do szczęścia, Zgoda na szczęście, Szczęście w cichą noc). W tym tygodniu to się zmieniło. We wtorek skończyłam bowiem czytać, a właściwie pochłaniać, powieść Kochając pana Danielsa autorstwa Brittainy C. Cherry. Panie i panowie, publicznie ogłaszam, że pokochałam pana Danielsa!

Tytułowy bohater książki wydanej przez bestsellerowe Wydawnictwo Filia, Daniel Daniels, to mieszkaniec Wisconsin, muzyk i miłośnik Szekspira. Zawodowo zajmuje się literaturą, a po godzinach jest wokalistą zespołu „Misja Romea”. Choć ma piękne oczy, zniewalający uśmiech, a wśród rówieśników wyróżnia się dojrzałością i inteligencją, pozostaje singlem. Wciąż rozpamiętuje niełatwą przeszłość. Był świadkiem tragicznej śmierci matki i widział, jak ojciec bezskutecznie walczy z chorobą. Spokojnie spać nie pozwala mu także nieobecność brata, z którą ma wiele wspólnego… Życie Danielsa nieoczekiwanie zmienia się na dworcu, a właściwie w pociągu. Poznaje licealistkę Ashlyn.

Ashlyn nie potrafi pogodzić się ze śmiercią jedynej siostry. Gabby była nie tylko jej bliźniaczką, ale przede wszystkim przyjaciółką i podporą. Gdy Gabby przegrywa walkę z białaczką, Ashlyn zostaje porzucona przez matkę i trafia pod opiekę ojca, z którym nie utrzymywała kontaktu od dzieciństwa. Zamieszkuje w Wisconsin. Ze zdziwieniem odkrywa, że ojciec nie mieszka sam… Czuje się samotna i niekochana. Do czasu. Dzięki podobnym doświadczeniom zaprzyjaźnia się z przyrodnim rodzeństwem i przede wszystkim od pierwszego wejrzenia traci głowę i serce dla Daniela Danielsa. Łączy ich wiele: samotność, skomplikowana przeszłość i uwielbienie dla twórczości Szekspira. Ich zakazana miłość musi przejść wiele. Czy poradzi sobie z przeszkodami? Także tymi tragicznymi?

Kochając pana Daniela to powieść o ludzkich uczuciach i emocjach. O zakazanej miłości, trudnych rozstaniach i śmierci. O samotności, poczuciu odrzucenia i niewyobrażalnej tęsknocie. Nie zrażajcie się – Brittainy C. Cherry poświęca uwagę przede wszystkim tej piękniejszej stronie życia: odwzajemnionej miłości, porozumieniu dusz, zachwycie nad literaturą i prawdziwej przyjaźni. W subtelny sposób opisuje fizyczne zbliżenia bohaterów. Sceny seksu są naturalne i, co ważne przynajmniej dla mnie, nie dominują nad treścią ani nie przekształcają powieści w 50 twarzy Grey’a.  

Na uwagę zasługuje również to, że autorka sporo miejsca poświęciła relacji, jaka łączy siostry. Ostatnio mam szczęście do takich powieści, co mogliście zauważyć, a właściwie przeczytać w poprzednich recenzjach. Nie ma tu jednak mowy o powtarzaniu schematów. Co prawda Gabby nie żyje, ale cały czas towarzyszy bohaterom. Czytelnik, podobnie jak Ashlyn, czuje obecność zmarłej. Gabby zostawiła po sobie nie tylko piękne wspomnienia i pustkę nie do wypełnienia. Do końca myślała o swojej bliźniaczce i nie pozwoliła, by zabrakło jej drogowskazów i siostrzanego wsparcia.

Historię Ashlyn i Daniela przeczytałam dosłownie w dwa dni. Pochłaniałam zdanie po zdaniu, nie mogąc doczekać się finału. Powieść dzieli się na rozdziały pisane w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Narratorami są na przemian Ashlyn i Daniel. Każdą część poprzedza fragment tekstu piosenki kapeli Danielsa. Jednocześnie żałowałam, że zbliżam się do końca i będę zmuszona rozstać się z bohaterami, do których poczułam sympatię. Autorka wykreowała fantastyczne i, mimo powszechności wątków, oryginalne postaci. Warto podkreślić, że Brittainy Cherry nie idealizuje bohaterów. Choć Daniel w oczach wielu czytelniczek (także moich) jest wymarzonym towarzyszem życia i on skrywa swoje tajemnice. Jakie? Przekonajcie się sami! 

Wydawać by się mogło, że to zwykła obyczajówka, tak zwane „czytadło”. Może i tak, ale nie dla mnie. To niezwykła historia o niezwykłych ludziach i niezwykłej miłości okraszona cytatami z Szekspira, które pieszczą oko i ucho miłośnika literatury. Mam słabość do twórczości tego dramaturga, stąd pewnie też słabość do pana Danielsa. Zresztą… Kto powiedział, że Daniel Daniels nie istnieje naprawdę? ;-)


wydawnictwo: Wydawnictwo Filia


poniedziałek, 7 listopada 2016

"Połów" - Ove Logmansbo


Na Połów czekałam długo. Poczta Polska ćwiczyła moją cierpliwość ponad dwa tygodnie. W końcu egzemplarz dotarł i z wielką ciekawością wyruszyłam w podróż na Wyspy Owcze. Na początku „delektowałam się” powieścią, czytając po kilka rozdziałów dziennie. Jednak od dwusetnej strony, nie potrafiłam, nie chciałam się zatrzymać. Nie zważając na to, że bus, którym przemierzałam trasę Rzeszów-Warszawa, zbliżał się do stacji końcowej, pochłaniałam kolejne strony, nie mogąc doczekać się zakończenia. Finał, delikatnie mówiąc, bardzo mnie zaskoczył. Ove Logmansbo zagwarantował swojemu czytelnikowi emocje na najwyższym poziomie.

Połów to doskonały przykład polskiego kryminału skandynawskiego. Dosłownie! Autor jest synem Polki i rodowitego Farera. Biegle posługuje się językiem polskim. Jego pierwszą publikacją w ojczystym języku matki była Enklawa – pierwsza część cyklu z Wysp Owczych, w której poznaje się bohaterów Połowu. Choć nie czytałam Enklawy (jeszcze!), nie miałam żadnych problemów z odbiorem najnowszej powieści Logmansbo.

Akcja Połowu rozpoczyna się od pierwszych stron. Raz do roku mieszkańcy Wysp Owczych urządzają grindadrap – tradycyjny połów grindwal. Jedno z upolowanych zwierząt budzi grozę i zmienia życie Farerów. W żołądku ssaka rybacy odkrywają makabryczne znalezisko – ludzką czaszkę… Na wyspę przybywa duńska policjantka, Katrine Ellegaard, dobrze znana czytelnikom Enklawy. Razem ze świetną technik kryminalistyki Fridą Skovmand oraz oficerami lokalnej policji próbuje ustalić motyw, odnaleźć zabójcę i przede wszystkim zidentyfikować ofiarę.

Głowę Katrine zajmuje nie tylko prowadzone dochodzenie. Niczym bumerang wraca do niej sprawa sprzed roku, w której pojawiają się nowe fakty. Skazany za zabójstwo Hallbjorn Olsen odwołuje się od wyroku do Sądu Najwyższego… Jaką rolę odgrywa Hall w bieżącym dochodzeniu?

Mimo że nie znam historii z Enklawy, zrozumienie wątku Olsena i jego przeszłości, nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Autor wprowadza czytelnika w świat byłego wojskowego – zarysowuje jego sytuacje rodzinną i przede wszystkim wątek kryminalny. Stopniowo dowiadujemy się, dlaczego trafił do więzienia i co łączy, a właściwie łączyło go z jedną z bohaterek.  Choć w oczach lokalnego społeczeństwa jest zbrodniarzem i czarną owcą, ja poczułam do niego sympatię i kibicowałam mu z całych sił.

Połów to nie tylko śledztwo i życie prywatne twardej i doświadczonej przez los policjantki. Ove Logmansbo ciekawie prezentuje panoramę społeczną Wysp. Choć opisywani przez niego mieszkańcy są do siebie podobni, intrygują, bo każdy skrywa jakąś tajemnicę.

Ove Logmansbo to mistrz stopniowania napięcia. Sprawa rozwija się powoli, ale do czasu. Gdy na jaw wychodzą kolejne sekrety z życia społeczności wysp, tempo przyspiesza i to kilkakrotnie. Ostatnie kilkadziesiąt stron czytałam z szeroko otwartymi oczami. Autor naprawdę mnie zaskoczył. Ciekawym zabiegiem jest to, że czytelnik wie więcej niż prowadzący dochodzenie oficerowie. I to od samego początku…

Cieszę się niezmiernie, że Wydawnictwo Dolnośląskie zaufało mi i przysłało egzemplarz do recenzji. Dziękuję za możliwość odbycia podróży na Wyspy Owcze. Podróży, która trzymała w napięciu do ostatniego zdania. Jeśli z jakichś powodów boicie się sięgnąć po skandynawski kryminał, myślę, że Połów to dobry początek przygody z tym gatunkiem. Mnie nie odstraszył, a wręcz przeciwnie. Chcę więcej.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu J