niedziela, 22 kwietnia 2018

"Troje na huśtawce" - Natasza Socha


tytuł: „Troje na huśtawce”
autor: Natasza Socha
Wydawnictwo Edipresse
cykl #MamaDropsaCzyta












„Troje na huśtawce” – Natasza Socha

Jeśli przyjmiemy, że życie jest windą, to wszystko można sobie bardzo prosto wytłumaczyć. Opuściłam piętro z napisem małżeństwo i znowu jadę w górę. Właśnie wysiadłam na poziomie romans z młodszym”.

Cytat zamieszczony na okładce najnowszej powieści Nataszy Sochy „Troje na huśtawce” sprawił, że postanowiłam sięgnąć po książkę. Jestem w moim szczęśliwym związku starszą żoną od mojego Męża o 5 lat. Prawie 33 lata temu w małym miasteczku nie wszystkim to się podobało, plotka goniła plotkę, ale my się tym nie przejmowaliśmy i po półrocznej znajomości podjęliśmy decyzję o ślubie. I nie żałujemy tego kroku. Mąż jest bardzo dobrym człowiekiem, moim przyjacielem i kochającym ojcem. Choć nie zawsze nasze życie było usłane kolorowymi frezjami (z bukietu ślubnego), ale zawsze mogliśmy i możemy na siebie liczyć.

Troje na huśtawce, czyli troje bohaterów na huśtawce życia, emocji. Ich historia opowiedziana też z ogromną dawką emocji, ale z dystansem. Na końcu czytelnik musi odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie: Co w życiu jest najważniejsze? Przyjaźń czy miłość?

Książka jest napisana w formie chaotycznego pamiętnika jednej z bohaterek o dziwnie brzmiącym imieniu Koralia – filozofka, sekretarka, przedszkolanka od zajęć plastycznych. Chaotyczny, ponieważ retrospekcje, wspomnienia, pojedyncze dni, obrazy z mniej lub bardziej ważnych chwil niemal nieustannie przeplatają się w jej głowie. Chaotyczny, bo chaos wtargnął w dość ustabilizowane dotąd życie czterdziestodwuletniej bohaterki w dniu, w którym mąż po ośmiu latach małżeństwa postanowił odejść, żeby się w nim nie udusić. Odczuła rozwód jako porażkę, lecz nie miała ochoty walczyć, by na nowo poskładać małżeństwo. „Nuda. Nuda. Nuda. Największy morderca każdego związku. Szare kartki codzienności”. Czuła się osamotniona, rozgoryczona, narzekała na bezczynność, nudę, randki w ciemno kończyły się jej ucieczką, była „pozamykana na cztery spusty”. Życie jej przypominało kupkę gruzu, który prędzej czy później należało uporządkować, pozamiatać. W końcu musiała chwycić za miotłę. Porządki w życiu rozpoczęła od remontu mieszkania, by zamalować przeszłość na inny kolor. Rzecz jasna Koralia nie była z tym wszystkim sama, bowiem przyjaźniła się od lat (dorastały na jednym podwórku) z fascynującą , niezwykłą  Aurelią, dobrym duchem, sześć  lat starszą, matką Tytusa, którego samotnie wychowywała. Rozstała się  ze swoim partnerem, gdy była w ciąży. Mieli wtedy po dwadzieścia kilka lat, kończyli studia i nie chcieli zakładać rodziny. Aurelia pracowała w firmie konsultingowej jako analityk rynku. Koralia jako dwudziestoletnia studentka została nianią dwuletniego Tytusa , uroczego chłopczyka, z którym bardzo lubiła spędzać czas trzy razy w tygodniu po zajęciach. Gdy w małżeństwie nie udało się jej zostać mamą, traktowała Tytusa jak przyszywanego syna, patrzyła nań „mamusiowo”. Lata mijały, chłopiec „ładnie im wyrósł”, miał poukładane w głowie, a między nimi narodziła się przyjaźń. Tytus po maturze studiował najpierw fizjoterapię, a następnie weterynarię, ukończył kursy, szkolenia z zakresu masażu zwierząt małych, by prowadzić zajęcia terapeutyczne.  Wynajął mieszkanie, zaczął się umawiać na randki. Przyjaciółki mogły być z niego dumne. Aurelia zaproponowała, że Tytus pomoże remontować mieszkanie. Podczas malowania ścian fajnie im się rozmawiało na różne tematy, m.in. o przyjaźni damsko-męskiej.

Stare przysłowie francuskie mówi, że przyjaźń to tak naprawdę miłość, tyle że bez skrzydeł . Skrzydła wyrastają trochę później i najczęściej na własne życzenie”.

Koralia zdała sobie sprawę z tego, że zaczęła patrzeć na Tytusa oczyma bez matczynej nuty, on się jej po prostu podobał jako mężczyzna. Początkowo ta metamorfoza przyjaźni mocno ją krępowała. Przecież Aurelia była jej przyjaciółką. A potem pojawiła się możliwość wspólnego wyjazdu na wycieczkę do Maroka. W tzw. międzyczasie Tytus zaproponował serię masaży szyi i karku najpierw w klinice a potem przychodził po pracy do domu Koralii. Coraz częściej zaczęli się umawiać na mieście, zjedli niezwykle zmysłową kolację w zupełnych ciemnościach w restauracji, bo lubili spędzać ze sobą czas.

Przyjaźń buduje się latami, ale to nie znaczy, że można ją odmierzać liczba minionych dni. Że wystarczą daty. Przyjaźń jest mieszanką wspólnych przeżyć i wspólnych kłótni. Pomaganiem sobie nawzajem i stawaniem murem w sytuacjach, kiedy inni pluja. Pogłaskaniem i pogrożeniem. Akceptacją,  wspieranie, dochowywaniem tajemnic, szczerością, wybaczaniem, szanowaniem cudzego zdania”.

Koralia przypomniała sobie obraz z przeszłości, gdy Aurelia uratowała jej życie i obiecała wtedy wierność i że zawsze będzie mogła liczyć na jej pomoc. I że nigdy jej nie zawiedzie. A teraz niemoralnym postępowaniem wbija jej nóż w plecy? No i Maroko we trójkę z powodu arcyważnego projektu w pracy Aurelii okazało się wycieczką we dwoje. To była „absolutnie fenomenalna podróż”. Koralia czuła się tu bezwiekowa, nikt jej nie oceniał, uwolniła się od stereotypów, wyzbyła lęków i obaw. Chwile szczęścia przeżywała, gdy podczas zwiedzania Tytus wziął ją za rękę, objął ramieniem, pocałował, czuła się bowiem „jak w środku opowieści z tysiąca i jednej nocy, która musiała zakończyć się dobrze”. Tylko Aurelia spędzała jej sen z powiek, ponieważ nie miała zielonego pojęcia o ich relacji. Co robić? Czy tak wolno? Czy tak można? Przecież Aurelia, matka Tytusa, była przyjaciółką, a ona była o 18 lat starsza i go wychowywała od dziecka. Była pewna, że romans z Tytusem przekreśli ich przyjaźń na zawsze, „zakopie w ziemi dwadzieścia lat i wyśmieje każdą próbę ratowania relacji”. Aurelia absolutnie jej nie wybaczy. Wyrzuty sumienia tłumiła wynurzeniami filozoficznymi, wszak studiowała filozofię. Bardzo się bała demaskacji.

Czy wreszcie rozum ustąpił miejsca chemii? Czy Koralia została kochanką Tytusa? Czy przyznała się do wszystkiego Aurelii ? A co o tym wszystkim sądził Tytus? Jakiego wyboru dokonała w końcu Koralia: przyjaźń czy miłość? Gorąco zachęcam do sięgnięcia po książkę, aby znaleźć odpowiedzi na te pytania.

Natasza Socha umieściła troje bohaterów i czytelników na huśtawce emocjonalnej. Dla małego dziecka bujanie na huśtawce czy kręcenie na karuzeli jest absolutnym hitem. Kiedy Tytus był malutki, uwielbiał delikatne kołysanie w ramionach, potem bujanie jak najmocniej. Kołysały go Aurelia i Koralia, przeżywając chwile szczęścia i miłości do kochanego synka. Po dwudziestu kilku latach Koralia przeżywając mieszankę emocji, kołysze  się jakby na huśtawce zdarzeń i nie może stanąć mocno na ziemi. Pisarka świetnie wykreowała portret Koralii. Z każdą przeczytaną stroną nie mogłam się doczekać, jaką decyzję podejmie bohaterka. Udzielały mi się jej emocje. Na szczęście pisarka zastosowała  humor, ironię, lekki język. Czytając, przeżywamy , wzruszamy, wkurzamy się, ale i się śmiejemy. Najbardziej zaskoczyło mnie zakończenie powieści. Zmusiło właściwie do jego napisania, co nie było łatwe i skłoniło do przemyśleń, refleksji na temat życiowych wyborów. Czy w życiu można mieć tylko i wyłącznie własną drogę do szczęścia?

„Miłość można skatalogować na różne sposoby, można ją też podzielić na gorsze i lepsze okresy. Ale jeśli jest to miłość naszego życia, to nie można jej przekreślić tylko dlatego, że jednemu z nas wyczerpują się baterie. Albo że komuś to przeszkadza”. Te mądre słowa wypowiada pan Antoni, którego niezwykle wzruszającą historię miłości do chorej na alzheimera żony Doroty poznajemy w powieści.

To kolejna świetna książka Nataszy Sochy, z którą warto spędzić kilka wieczorów.

piątek, 13 kwietnia 2018

"Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami" - Dorota Gąsiorowska


tytuł: „Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami”
autor: Dorota Gąsiorowska
Wydawnictwo Znak ( Między słowami)
liczba stron: 528
http://bit.ly/2HjUjqK






Na życie nie ma gotowej recepty, metodą prób i błędów każdy musi opracować swoją własną.

To wielki zaszczyt i radość, że już po raz trzeci mogę być ambasadorką powieści Doroty Gąsiorowskiej wydanej przez Wydawnictwo Znak. Jeszcze przed premierą miałam przyjemność przeczytać Dziewczynę ze sklepu z kapeluszami. Wyczerpująca rehabilitacja, o której wspominałam na Instagramie i Facebooku sprawiła, że dopiero dziś przychodzę do Was z recenzją. Czy polecam Wam tę historię? Całym sercem! Zapraszam w podróż do współczesnego Krakowa.

Bo z kapelusza można też wyciągnąć tajemnice…

Puszkę Pandory w życiu Kamelii otwierają broszka z zagadkową inskrypcją i przystojny dziennikarz. Pracownik krakowskiej gazety pojawia się w rodzinnym atelier z kapeluszami. Ma do babci głównej bohaterki kilka pytań i nie wszystkie z nich są starszej pani na rękę. To wzmaga czujność dziewczyny, która nie bez podstawnie od pewnego czasu martwi się o kondycję matki swej rodzicielki. Kamelia czuje, że wyjątkowy prezent i wątki poruszone w wywiadzie mają związek z rodzinną tajemnicą. Postanawia ją odkryć. I ona, i babcia nie mają pojęcia, jak bardzo zaskakująca potrafi być historia własnej rodziny.

Rodzinny sekret to nie jedyny problem Kamelii. Dziewczyna czuje, że traci kontakt z ukochaną przyjaciółką, która również ukrywa przed nią prawdę o swoim życiu. Dodatkowy zamęt w sercu młodej projektantki kapeluszy wywołują wspomniany już dziennikarz i jego kolega. Którą z tajemnic będzie Kamelii łatwiej rozwikłać – tę z przeszłości czy tę, która kryje się w jej własnym sercu? Możecie być pewni, że podczas lektury nie raz zostaniecie zaskoczeni.

Postaci, które da się lubić!

Dorota Gąsiorowska jest mistrzynią w kreowaniu bohaterów, których nie tylko da się lubić. Postaci z jej powieści po prostu się kocha. Myślę, że niejedna czytelniczka tej historii marzy o wizycie w atelier babci i wnuczki czy podwieczorku u pani Melanii. Wszystkich bohaterów – i głównych, i drugoplanowych, mimo wad czy nie do końca jasnej przeszłości darzy się sympatią i kibicuje im się na drodze do szczęścia. Drodze pełnej zakrętów i niespodzianek.

Radość (z) czytania

Pochylając się nad egzemplarzem Dziewczyny ze sklepu z kapeluszami, czułam pewną sprzeczność. Z jednej strony Dorota Gąsiorowska przygotowała dla czytelników porywającą fabułę pełną tajemnic i zagadek – sięgającą kilku pokoleń, od której nie sposób się oderwać. Z drugiej powoli prowadziła przebieg akcji, delektując się słowem. Niespiesznie odkrywała i przed bohaterami, i przed czytelnikami kolejne karty. Asa, jak przystało na autorkę bestsellerowych powieści, oczywiście zostawiła na koniec. Warto również podkreślić, że Dorota Gąsiorowska odnalazła językowy złoty środek. Częstuje czytających długimi opisami wprowadzającymi kolejne wątki i wydarzenia. Długimi, lecz co ważne – nie za długimi. Jej styl – pełen uczuć, emocji i barw sprawia, że apetyt rośnie w miarę przewracania kolejnych kartek. Do końca trzyma w napięciu, poruszając każdy fragment serca. Czy głód zostaje zaspokojony? Mój nie. Bo na takie historie, jak Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami czeka się miesiącami. Delektując się kolejnymi wyrazami, z jednej strony nie mogłam doczekać się finału książki, lecz z drugiej żałowałam, że zbliżam się do końca i momentu rozstania. Rozstania z bohaterami, których, jak już wspomniałam, nie sposób nie lubić i z piórem, którego nie sposób nie chwalić.

Bestsellerowa autorka wciąż w formie!

Ile tajemnic jest w stanie ukryć jedno serce i jedna rodzina? Wiele. A Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami udowadnia, że jeszcze więcej. Nie czekajcie – niezależnie od liczby kapeluszy w Waszych szafach, sięgnijcie po tę powieść. Dajcie się ponieść fali wspaniałej polszczyzny i wyjątkowej historii. Zawitajcie do Krakowa, do atelier, do młyna… Razem z Kamelią odkrywajcie rodzinne (i nie tylko) sekrety. Dajcie się uwieść Dorocie Gąsiorowskiej. Nie pożałujecie!

Wydawnictwu i Autorce dziękuję za egzemplarz powieści oraz przyznanie funkcji ambasadorki!