niedziela, 30 września 2018

"Karminowe serce" - Dorota Gąsiorowska (recenzja przedpremierowa)


Dorota Gąsiorowska, Karminowe serce, Wydawnictwo Znak 2018.
Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!

Szukacie powieści na długie wieczory, która otuli Was niczym miękki koc, uwiedzie zapachem wrzosów i zaczaruje smakiem czekolady? Historii o pasji, magicznej miejscowości, przyjaźni, tajemnicach, dramatycznej przeszłości i wreszcie miłości? Oto ona! Dorota Gąsiorowska, bestsellerowa pisarka, która spełnia literackie marzenia tysięcy czytelniczek, tym razem zabiera nas do urokliwej cukierni. 

Zapach wrzosu i smak czekolady – witajcie w Bukowej Górze!

Laura, której serce pęka z bólu po dramatycznych przeżyciach, postanawia porzucić wygodne życie w stolicy. Wyrusza do Bukowej Góry – miejscowości prawie na końcu świata, otoczonej urokliwymi wrzosowiskami i jeziorem – bohaterem miejscowych legend. Poznaje właścicieli magicznej cukierni. Hania, właścicielka pachnącej czekoladą kawiarenki, podobnie jak główna bohaterka, skrywa pewien sekret i panicznie ucieka od trudnej przeszłości, równocześnie niepokojąc się o przyszłość. Kobiety zaprzyjaźniają się i wzajemnie wspierają. Magia Złotego Serca, życzliwość rodziny Hanki i spokój pomagają Laurze odzyskać nadzieję. Niemałą rolę w tym procesie odgrywa pewien pan doktor.

Złote serce matki kocha najmocniej

Niezwykle ważną postacią w najnowszej powieści Doroty Gąsiorowskiej jest matka. Ta, która daje życie. Ta, która wychowuje, ucząc, czym są miłość i troska o drugiego człowieka. Ta, która daje nadzieje. Ta, która walczy o bezpieczeństwo i dobro dziecka, zapominając o sobie... Irena – mama Laury; Hania – wspomniana już przyjaciółka głównej bohaterki i mama niepełnosprawnego Michałka; Agnieszka – matka kolegi chłopca… I jeszcze jedna, tożsamości której nie zdradzę… Wszystkie te kobiety noszą w sercach tajemnice. Sekrety, które chowają przed światem, własnymi dziećmi i przede wszystkim przed sobą. Próbują żyć, każdego dnia zamartwiając się o jutro i wspominając wczoraj. Najważniejsze są dla nich dzieci i ich bezpieczeństwo. Ta bezgraniczna, jedyna w swoim rodzaju matczyna miłość sprawia, że podejmują nie do końca zrozumiałe decyzje, rezygnując z samych siebie i własnych marzeń.

Złamane serce kocha dwa razy mocniej

Laura została skrzywdzona. Do bólu. Do granic możliwości. Wydaje się, że jej serce nie bije jak należy, bo umarło z tęsknoty i rozpaczy. A jednak. Pojawia się ktoś, kto oblewa złotem serce graficzki. Kto, prawie jak czekoladę, roztapia lód. Powoli, małymi kroczkami… Warto podkreślić, że to niejedyny adorator Laury. Na uwagę zasługuje postać Witolda, która, w moim odczuciu, wniosła do domu i życia bohaterki dużo humoru. Stary kawaler wierzy, że wreszcie odnalazł idealną kobietę. Brak doświadczenia sprawia, że w KAŻDEJ decyzji radzi się mamusi (o, kolejna mama do kolekcji portretów!). Co z tego wynika? Łzy – ze śmiechu! Musicie poznać ten wyjątkowy duecik!

Czekolada smakuje najlepiej, gdy podaje się ją (z) sercem

Jestem nie tylko książkoholiczką, ale i ogromnym łasuchem. Dzień bez czekolady jest dla mnie dniem straconym. W kostkach, do picia, w polewie – konsystencja nie ma znaczenia. Czekolada nie pyta, czekolada rozumie – wiadomo. Cieszę się więc ogromnie, że akcja powieści Doroty Gąsiorowskiej rozgrywa się w cukierni, a właściwie przykawiarenkowej fabryce czekolady. Czytając te fragmenty, czułam zapach i smak czekoladowych cudeniek tworzonych przez właścicieli lokalu. Warto dodać, że z powstaniem cukierni wiąże się niezwykła legenda – magiczna i miłosna. Laura szybko poznaje magię Złotego Serca. Czytelnik, wraz z bohaterką, rozkoszuje się zapachem aromatycznych łakoci, widzi kolorowe dodatki i czuje oszałamiający smak czekolady z dodatkiem serca. Magia lokalu to nie tylko czekolada. To przede wszystkim ludzie, którzy tworzą to miejsce – Hania, jej brat, syn i rodzice. Wszyscy mają serce ze złota i chętnie dzielą się dobrocią nie tylko z Laurą.

„Wiem, że Michał nie jest taki jak inne dzieci, bo jest niepowtarzalny […]”

Dorota Gąsiorowska w Karminowym sercu zwraca uwagę nie tylko na rolę matki. Pochyla się także nad niepełnosprawnym dzieckiem. Michaś, synek Hani, ma zespół Downa. Dodatkowy chromosom nie czyni go gorszym – kilkulatek szybko podbija serce Laury i czytelników. Z wrodzoną ufnością, dobrocią i wiarą w człowieka uczy patrzeć na świat przychylniejszym okiem. Doroto – dziękuję Ci za ten wątek i lekcję akceptacji oraz miłości dla dzieci i dorosłych.

Karminowe serce – posłuchaj, jak bije

Dorota Gąsiorowska po raz kolejny zabrała mnie do świata pełnego tajemnic i miłości. To była wspaniała podróż. Dzięki plastycznym opisom do samego końca towarzyszyły mi zapachy i zapierające dech w piersiach widoki. Fabuła, niczym w rasowym kryminalne, trzymała w napięciu do ostatniej strony. Chcecie rozpocząć literacką jesień z sercem? Sięgnijcie po Karminowe serce!  

"Dwadzieścia minut do szczęścia" - Katarzyna Mak (#MamaDropsaCzyta)


Katarzyna Mak, Dwadzieścia minut do szczęścia, Novae Res 2018.
#MamaDropsaCzyta

Katarzyna Mak – żona, mama, bardzo młoda babcia, ma za sobą  debiut literacki i następne książki czekające na wydawcę. To kobieta pełna energii, optymizmu, lubiąca czytać książki obyczajowe z dobrym zakończeniem.
Przeczytałam bardzo szybko książkę „Dwadzieścia minut do szczęścia”, którą otrzymałam w ramach akcji Book Tour. Moim zdaniem to udany debiut literacki.

To historia studentki Michaliny Zawadzkiej, która spośród innych dzieci wyróżniała się tym, że nie miała rodziców, jej wychowaniem zajęła się babcia. Po jej śmierci zamieszkała z Mateuszem, ponieważ miała problemy finansowe, a on wraz z rodzicami jej pomagał. Planowali wspólną przyszłość. Mówiła o sobie, że jest mistrzynią pakowania się w kłopoty. Może to kwestia genów? Nauka nie sprawiała jej problemów. Michalinę poznajemy w momencie, gdy od uzyskania dyplomu ukończenia studiów dzieli ją praktyka w ekologicznym gospodarstwie rolnym i egzamin końcowy. Jej szefem jest Mikołaj Kornecki. Na początku wydawał się jej gburem i cholernym dupkiem a potem , kiedy źle się czuła, okazał się być troskliwym i bardzo miłym, wrażliwym  mężczyzną. Wino i nocne zwiedzanie pałacu na wzgórzu, opowieści Mikołaja o dawnych jego właścicielach – włoskiej księżniczce Micheli i władcę ziem Niccola (deja vu?) zahipnotyzowały dziewczynę, że pocałowała szefa i …uciekła. Zlecona praca jej odpowiadała , ale ciągle pakowała się w kłopoty, szef dawał jej kolejne szanse. Michalina postanowiła bardziej się kontrolować we wszystkim. Dzięki Mikołajowi jazda konna zaczęła sprawiać jej przyjemność. Zniknął uraz z dzieciństwa. Impreza, tańce na wsi, jazda konna nocą sprawiły, że wyobraźnia dziewczyny zaczęła działać i jej serce oszalało dla Mikołaja. Ale czy mogła kochać jednocześnie i Mateusza, i Mikołaja ? Bardzo szybko doszło do spełnienia jej marzenia – Mikołaj też ją kochał. I znowu czar prysnął, kolejne kłopoty, zamiast zdobyć się na rozmowę z Mikołajem, bohaterka dała się ponieść emocjom i …uciekła od Mikołaja , rzuciła praktyki. Jak się okazało trafiła z deszczu pod rynnę – bo boleśnie zranił ją Mateusz. Czy to kara od Boga? Jak sobie w tej beznadziejnej sytuacji poradzi Michalina? Czy znajdzie pracę, a co ze studiami? Czy bajkowy romans pryśnie jak bańka mydlana? Czego o sobie i o swoich rodzicach dowie się Michalina? Jak to odkrycie prawdy wpłynie na jej dalsze losy? Na wszystkie pytania znajdziecie odpowiedzi w powieści.

Katarzyna Mak napisała piękną opowieść o miłości, która rozgrywa się w uroczej scenerii. Mikołaj od początku wzbudził moją sympatię swoją osobowością i usposobieniem. Bogactwo nie przewróciło mu w głowie. Natomiast Michalina na początku mnie irytowała, ale z każdą kartką powieści, w miarę poznawania jej historii tez ją polubiłam. To zagubiona dziewczyna, która marzy, ale brakuje jej motywacji do walki o realizację marzeń. Zbyt szybko się poddaje. Nie wierzy w siebie. Widzi tylko samo zło: „Jestem potworem”, „Boże , jaka ja jestem głupia, naiwna!”, „Widzę obraz nieszczęśliwej kobiety”, „Dotarło do mnie, jaka ja jestem pusta i wredna.” Iza, jej przyjaciółka, stara się za wszelką cenę uświadomić jej, że to nie kwestia genów tylko jej własnego wyboru. Dzięki przyjaciołom dużo zrozumiała.  Czy odnajdzie w sobie dobro, wiarę, że marzenia się spełniają? Czy uda się jej wreszcie zapłakać z emocji?

Powieść napisana jest lekkim piórem, czyta się szybko, akcję urozmaicają niezwykle plastyczne opisy przyrody, subtelne opisy scen erotycznych.

Polecam książkę na jesienny wieczór. Autorce bardzo dziękuję za jej udostępnienie.

środa, 26 września 2018

"Kontratyp" - Remigiusz Mróz


Remigiusz Mróz, Kontratyp, Wydawnictwo Czwarta Strona 2018.
Seria o Joannie Chyłce

Nie trzeba być ani komisarzem Forstem, ani komisarzem Zawadą, by wiedzieć, że należę do grona mrozoholików i uwielbiam powieści Remigiusza Mroza. To widać na moim Facebooku i Bookstagramie. Przyznaję, że nie jestem na bieżąco, ale wszystkie nieprzeczytane tytuły (nie)cierpliwie czekają w mojej biblioteczce. Seria o Joannie Chyłce należy do moich ulubionych historii tego autora. Gdy na półce w księgarniach pojawił się Kontratyp – ósma, i jak można się domyśleć z otwartego zakończenia oraz posłowia część cyklu, rzuciłam wszystko i rozpoczęłam lekturę. Wczoraj za jednym zamachem przeczytałam ponad 300 stron – sprawa tak mnie wciągnęła. No właśnie, sprawa… Bo rozwiązanie pewnego wątku prywatnego rozczarowało. Ale po kolei!

Tym razem Joanna Chyłka musi przebyć naprawdę daleką drogę, zanim znajdzie się na sali rozpraw u boku nowej klientki. Daleką i trudną – by znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania, wyrusza na Annapurnę, jeden z najgroźniejszych szczytów świata. Wyrusza nie tylko po to, by znaleźć dowody na niewinność pewnej medialnej alpinistki. Walczy również o życie kilkuletniej Darii, swojej siostrzenicy.

Na górach nie znam się kompletnie. Kojarzę ledwie kilka nazwisk wspinaczy, a wiadomości dotyczące konkretnych wypraw, czytam dopiero wtedy, wstyd się przyznać, gdy wydarzy się tragedia. To kompletnie nie mój świat, ale Remigiusz Mróz, bez pytania, mnie do niego zabrał. Ile realizmu jest w wyprawie Chyłki na nepalski szczyt? Nie mam zielonego pojęcia. Momentami miałam wrażenie, że to literacka fantazja nie mająca jakiegokolwiek odzwierciedlenia w rzeczywistości, ale być może moja opinia wynika z kompletnej nieznajomości tematu. Ocenę wątku związanego z Annapurną zostawiam więc zawodowcom i prawdziwym pasjonatom.

Porwanie córki Magdaleny i pełna tajemnic ekspedycja nowej klientki, panny Kabelis, to niejedyne problemy Joanny. Mecenas wciąż czeka na wyniki badań, które wykluczą lub potwierdzą zarażenie poważną chorobą i ściga się z przeszłością – otrzymuje groźby od człowieka, który twierdzi, że oblał ją kwasem oraz powraca do jednej z pierwszych swoich spraw, o przebiegu której nikt nie chce opowiadać. Na szczęście może liczyć na wsparcie Zordona.

Lubię tę serię właśnie ze względu na bohaterów – Joanna Chyłka i Kordian Oryński tworzą nieszablonowy duet. Jak ogień i woda idą razem przez życie zawodowe i, co dla czytelników poprzedniego tomu nie będzie spoilerem, prywatne. Ich dialogi pełne humoru, sarkazmu i ironii to prawdziwe mistrzostwo świata. Myślę, że to właśnie dzięki tej parze Polacy tak pokochali tę bestsellerową sagę i wydaje się, że nie mają jej dość.

Kto czytał Testament, ten wie, że Remigiusz Mróz wreszcie wysłuchał głosy tysięcy czytelników i relacja Joanny i Kordiana nie ogranicza się tylko do stosunków zawodowych. Mam jednak wrażenie, że wraz z pamiętną rozmową autorowi skończyły się pomysły na prowadzenie tego wątku. Chyłka i Zordon jako para są naprawdę uroczy (choć Kormak twierdzi, że są nie do zniesienia). Nie oczekiwałam od Remigiusza Mroza, że będą chodzić na randki do Hard Rock Cafe i spędzać namiętne noce na Saskiej Kępie – przecież to nie w ich stylu! Ale to, jak poprowadził ten wątek w Kontratypie, budzi mój sprzeciw i po części rozczarowanie. Wiem, że życie to nie bajka, a po niebie nie biegają nosorożce, ale oczekiwałam czegoś innego. Czego? Tu wychodzi marudna strona Dropsa – nie jestem w stanie sprecyzować swoich „żądań”, jednak jestem pewna jednego - końcówka ósmego tomu serii (podobnie jak poprzedniego) mnie rozczarowała. Nie o tym marzyłam dla moich ulubionych literackich bohaterów. Nie oznacza to, że ocenię książkę surowo – autor nazbierał plusików dzięki sprawie. Jej finał, zgodnie z tradycją Remigiusza Mroza, naprawdę mnie zaskoczył. To dla tych kilku ostatnich stron cały wczorajszy wieczór spędziłam na lekturze. Mimo takiego, a nie innego finału prywatnych wątków nie żałuję.

Jeśli jeszcze nie znacie Joanny Chyłki, koniecznie nadróbcie zaległości. To wyjątkowa postać literacka, która już wkrótce zagości na ekranach naszych komputerów. Serial na podstawie cyklu dla serwisu www.player.pl właśnie powstaje. Jestem ciekawa, jak z główną rolą poradzi sobie Magdalena Cielecka. Kto czytał, ten wie, że Chyłkę dobrze zagrać mogłaby… tylko Chyłka ;)

Czekając na serial i dziewiąty tom, który pewnie znów kupię jeszcze przed premierą, mam nadzieję, że Remigiusz Mróz sensownie rozwiąże ten pozostawiony w śmietniku supeł.

Cykl o Joannie Chyłce
Kasacja  - recenzja
Zaginięcie ­– recenzja
Rewizja recenzja
Immunitet recenzja
Inwigilacja recenzja
Oskarżenie recenzja
Testament

piątek, 14 września 2018

"Kręgi" - Zbigniew Zborowski


Zbigniew Zborowski, Kręgi, Wydawnictwo Znak 2018.

Znacie ten stan, kiedy jakaś książka lub film bardzo się Wam podobają, ale nie wiecie, jak w niebanalny sposób polecić dany tytuł rodzinie lub znajomym? Drops właśnie tak ma.  

Przyczyn, dla których bestia budząca się w człowieku zabija, jest wiele. Każda zbrodnia to indywidualna historia i motyw. Co w sytuacji, gdy kilka powodów łączy się ze sobą, a drogi niebezpiecznych ludzi splatają się po latach? Dziś zapraszam Wam do lektury recenzji najnowszej powieści Zbigniewa Zborowskiego pt. Kręgi. Mam nadzieję, że moja opinia zachęci Was do sięgnięcia po tę książkę. Bo warto. Naprawdę warto.


Bartosz Konecki, którego dobrze znają czytelnicy Skazy, pierwszej części cyklu kryminałów o stołecznym policjancie, próbuje swoich sił jako prywatny detektyw. Zlecenia nie sypią się jak z rękawa i w przeciwieństwie do partnerki, czynnej policjantki, Konecki nie robi kariery. Pewnego dnia trafia do niego tajemniczy mężczyzna. Żąda od byłego gliniarza, by śledził młodą znaną aktorkę. Konecki nie wie, że podążając tropem gwiazdki, dotrze do śledztwa sprzed lat, a dochodzenie będzie zataczało coraz szersze kręgi – także w jego byłym środowisku pracy. Co łączy brutalne morderstwo nastolatki, budzące niepokój zleceniodawcy Bartosza zachowanie aktorki i zbrodnie sprzed lat? Czy mordu w warszawskim parku dokonał ten sam człowiek, na którego przed lat polował pewien stołeczny oficer? A może ma wiernego, niebezpiecznego naśladowcę? Czy pozornie błahe zlecenie stanie się początkiem powrotu byłego podkomisarza do służby? Na te pytanie znajdziecie odpowiedź, sięgając po Kręgi.

Podobnie jak w Skazie, i w tej części cyklu przeplatały się dwie płaszczyzny czasowe. Autor perfekcyjnie połączył dwa światy, które, im bliżej końca, coraz bardziej się zazębiały. Zbigniew Zborowski uknuł niebanalną wielopoziomową kryminalną intrygę, w którą zamieszani są przedstawiciele kleru, mediów, oświaty i policji. Czy ich drogi się przetną? Jedno jest pewne - nikt nie może się czuć bez winy.  

Cieszy mnie, że akcja powieści rozgrywa się w Warszawie. I w tej części autor świetnie oddał jej klimat i nie szczędził dokładnych opisów. Podawał nazwy ulic, dzielnic, dając szansę czytelnikom na odbycie wycieczki śladami bohaterów. Cenię w pisarzach taką dokładność i chęć oddania realiów miejsca akcji. Zbigniew Zborowski ma więc u mnie duży plus!

Kręgi to gwarancja wciągających opisów i wartkich dialogów. Akcji, która tylko pozornie rozwija się powoli. Niebanalnych bohaterów z krwi i kości, których można równocześnie kochać i nienawidzić. Odwiecznej walki dobra ze złem z bardzo, bardzo cienką granicą.

Szukacie kryminału z wielopłaszczyznową intrygą, śledztwem, które NAPRAWDĘ trzyma w napięciu do ostatniej strony? Powieści, w której nawet ci dobrzy bohaterowie mają coś za uszami i nie są bez skazy? Historii, przez którą nie pójdziecie spać? No to znaleźliście! Lektura Kręgów była dla mnie prawdziwą literacką ucztą. Apetyt rośnie w miarę jedzenia – mam ochotę na więcej i z niecierpliwością wyglądam kolejnej części serii. Póki co, drugi tom cyklu gorąco polecam!

Autorowi i Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!

Recenzja pierwszej części cyklu:

niedziela, 9 września 2018

"Na dnie duszy" - Anna Sakowicz (#MamaDropsaCzyta)


Anna Sakowicz, Na dnie duszy, Wydawnictwo Edipresse 2018.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Anny Sakowicz. Zainteresował mnie opis książki. Lubię powieści wielopokoleniowe, dzięki którym mogę odbyć podróż w głąb mojej rodziny, w głąb siebie. I już wiem, że wrócę do wcześniejszych powieści autorki.

Ta intrygująca opowieść pochłonie cię bez reszty i zadziwi niejeden raz! Bo dla każdego ta sama przeszłość wygląda inaczej…

Już sam tytuł intryguje, bowiem na dnie duszy zwykle skrywa się jakiś sekret, uczucia, coś, o czym nie chce się mówić głośno, rozpowiadać, rozgłaszać. Co zatem przechowują w najgłębszych wspomnieniach i co przeżywają w skrytości bohaterki powieści Rozalia-babka, Donata-matka i Inga - córka? Na końcu dodałabym jeszcze Ewę, córkę Ingi.

Ta pozornie zwyczajna historia zaczyna się, gdy do Ingi dotarła wiadomość o śmierci Babci Rozalii, która uruchomiła wspomnienia z dzieciństwa. Inga bowiem nigdy nie była zbyt emocjonalnie związana z babcią typem policjanta i dyktatora, ponieważ próbowała się wtrącać we wszystko, kontrolując życie rodzinne. Była zbyt oschła dla wnuków, wymagająca, nie lubiła się z córką. Obie miały bardzo trudną przeszłość. Podczas porządkowania rzeczy Rozalii znaleziono testament. Zmarła zapisała córce mieszkanie w ramach przeprosin, zaleciła jej zapisanie się na terapię z powodu nerwicy natręctw, a swoje dzienniki przekazała Indze. Wyznała też, że urodziła bliźnięta. Syna Adasia oddała do adopcji i obarczyła rodzinę zadaniem, aby go odnaleźć, by przekazać mu list. Inga każdą wolną chwilę poświęcała na lekturę zapisków babci, aby dowiedzieć się czegoś więcej o Adasiu. Sprawa ta przerosła wszystkich. Dlaczego Rozalia nie zabrała tej tajemnicy do grobu? Dlaczego nie ukryła jej na dnie swojej duszy? Do poszukiwań Adama pod presją chciwej żony Iwony włączył się Paweł, zawistny brat Ingi – postać świetnie wykreowana przez pisarkę. Rozalia wiedziała o tym i zza grobu zorganizowała podchody. Paweł przyprowadził do domu rzekomego Adama, z którym siostra bliźniaczka nie poczuła żadnej więzi i  uciekła się do sztuczki ze zdjęciem. Do listu dla Adama dołączony był …kluczyk do skrytki bankowej w Olsztynie. Jaki finał  miała historia z Adamem? Co znalazła Donata w tej skrytce? Co podczas poszukiwań bliźniaka udało się odnaleźć rodzinie? Odsyłam do powieści, aby poznać przeszłość i wszystkie mądrości życiowe Rozalii Zdunek z domu Więcek przekazane rodzinie.

Co tak naprawdę kryło się na dnie duszy Rozalii?

Rozalia została wychowana w patriarchacie, nauczono ją bezwzględnego posłuszeństwa, poddańczego wręcz stosunku wobec mężczyzn, mimo to zawsze stawiała na swoim, chociaż ojciec zmuszał ją do posłuszeństwa ciężką ręką i postronkiem. W dzieciństwie była świadkiem traumatycznego wydarzenia, które odbiło się na jej charakterze, życiu. Ojciec wydał ją za Juliana Konopkę - oszusta , cwaniaka, babiarza, który szybko znalazł się w więzieniu. A Rozalia była w ciąży. Nienawidziła go, całe życie mu złorzeczyła. Uważała, że wszystko zło dzieje się przez niego. Urodziła córkę Donatę, podjęła pracę a dziecko zawiozła do rodziców. Usiłowała wykrzesać z siebie choć odrobinę miłości do córki. Ale ciężko jej było, bo każdy we wsi gadał, że Rozalia bękarta urodziła, a panna z dzieckiem wstyd ściągała na rodzinę. Życie odmieniło się jej, gdy wyszła po raz drugi za mąż za Aleksandra Zdunka - który stał się prawdziwym, wymarzonym ojcem dla Donaty, zamieszkali na wsi, a po pewnym czasie przeprowadzili się do Stargardu. Przestała więc być czarną owcą w rodzinie jako mężatka. Przeżyła swojego męża a pod koniec życia postanowiła z pomocą nauczycielki spisać dzienniki, w których przekazała rodzinie to, co ukryła na dnie swojej duszy oraz pewne drogowskazy życiowe. Obawiała się, czy to aby nie za późno? Przecież płynie w nich krew tego skurczybyka Konopki. Przytoczę tylko jedną z nich: nie wszystko złoto, co się świeci, są ważniejsze i lepsze rzeczy. Na przykład dobra wodzianka. Przepis na tę zupę zamieszczony jest w powieści. Babcia Rozalia, jak to określił jej zięć, całkiem mądrze wymyśliła to wszystko. Rodzina musiała wyciągnąć z tego lekcję. Wszystkiego się dowiecie, sięgając po książkę.

Donata tak bardzo spragniona matczynej miłości, ciągle upokarzana przez matkę, bo była podobna do swojego ojca Juliana Konopki, jesteś jak ten skurczybyk Konopka, złodziejskie nasienie – dokuczano jej zewsząd. Przez cale życie miała żal do matki, żyła przeszłością. Jedynie przyjaźnie były nastawione do niej Żydówki siostry Gradowe, sąsiadki, ale wyjechały do Izraela. Marzyła o miłości matczynej i o kochającym ojcu. To drugie marzenie się spełniło, bowiem odnalazła ojca w osobie Aleksandra, którego rannego przyprowadziła do matki, by mu opatrzyła rany. Matka z Aleksandrem przeprowadzili się na wieś, a Donatę posłali do szkoły zawodowej z internatem. Ukończyła tez wieczorówkę i zdała maturę. Poznała Staszka, za którego później wyszła za mąż. Mieli dwoje dzieci Ingę i Pawła. Nadal w życiu dorosłym relacje matki z córką były trudne. Matka w Pawle dopatrzyła się podobieństwa do Konopki, to jest jak skaza, będzie się przewijać przez następne pokolenia. Donacie przez prawie całe życie dokuczała nerwica natręctw, miała bzika na punkcie czystych rąk. Miała też wyrzuty sumienia, że wychowana twardą ręką i bez miłości nie była dobrą matką. Dopiero po śmierci Rozalii Donata z Ingą wyjaśniły sobie wszystko. Szukały razem w przeszłości dobrych wspomnień, oglądały stare fotografie, spacerowały, rozmawiały i rozmawiały. Jak gdyby nadrabiały stracony czas. Wzruszyły mnie gesty miłości matki z córką i te słowa Ingi dodające matce otuchy: jestem pewna , że cię kochała. Nie umiała tylko tego okazać, pewnie wściekała się na wszystko wokół, a to odbijało się rykoszetem o ciebie. Wiesz, czasami myślę, że miłość składa się też z milczenia albo nawet przemilczenia. Oczywiście pod warunkiem, że wiemy, co chcemy przemilczeć i dlaczego. I ten niezmiernie wymowny gest wybaczenia matce Rozalii na jej grobem. Inga bowiem jako dorosła kobieta wciąż potrzebowała ciepła matki. Pragnęła, by odnalazła spokój i przestała z lękiem oglądać się za siebie, a wreszcie śmiało spojrzała w przyszłość.

Na dnie duszy to niezwykle interesująca i intrygująca powieść. Niesamowicie poruszyła struny mojej duszy. Skłoniła do refleksji, przemyśleń, do wspomnień, do podróży w głąb siebie, w głąb rodziny. Powieść jest podzielona na rozdziały zatytułowane: Współczesność i Donata (Przeszłość) – to wszystko się ze sobą splata, przenika, wywiera piętno na życiu bohaterów. Książka uświadomiła, że tak wiele możemy skrywać na dnie duszy. I każdy coś tam skrywa. Ale czy warto? Trzeba się z tym zmierzyć, chociaż nie jest to łatwe. Trudno bowiem uwolnić się od procesu sumieniowego. Najbardziej cenimy sobie święty spokój, bo po co się narażać na konflikt. I tworzy się takie zamknięte a czasem nawet kwadratowe koło. Trzeba to wszystko wydobyć na wierzch, pozbyć się, żeby zaznać spokoju. Wybaczanie jest szalenie trudną sztuką. Trzeba ją posiąść. I tu z pomocą przychodzą nam świetnie wykreowani przez Annę Sakowicz bohaterowie. Trzeba będzie czasu, by wszyscy ponownie nabrali do siebie zaufania, przypomnieli sobie o bezwarunkowej miłości, którą przecież się darzyli. Dobra wodzianka nie jest zła… O rodzinę zawsze trzeba walczyć!

Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!