wtorek, 30 października 2018

"Teatr pod Białym Latawcem" - Ilona Gołębiewska


Ilona Gołębiewska, Teatr pod Białym Latawcem, Wydawnictwo Muza 2018.
Autorce i Wydawnictwu serdecznie dziękuję za egzemplarz do recenzji!

Wydaje się, że Zuzanna Widawska ma wszystko – pracę, pozycję w środowisku, luksusowe mieszkanie i ukochanego u boku. Artykuł, który miał się stać przepustką do kolejnego szczebla kariery, stał się gwoździem do trumny. Znana dziennikarka jednego dnia traci to pozorne wszystko – zwolniona musi zapłacić gigantyczne odszkodowanie. Apartament zamienia na ciasne mieszkanko na Woli z dziwną sąsiadką w pakiecie, a partner odwraca się od niej w chwili, gdy najbardziej go potrzebuje. Zostaje sama. Wilczy bilet sprawia, że cudem dostaje posadę w czasopiśmie, po które nigdy by nie sięgnęła. Uważa, że praca w prasie dla kobiet jest poniżej jej talentu i umiejętności. By żyć, zagryza zęby. By podlizać się humorzastej szefowej i zyskać święty spokój na kilka tygodni, znajduje wyjątkowy temat do świątecznego numeru. Losy powojennej aktorki, fundacji opiekującą się osobami niepełnosprawnymi i upadający teatr stają się początkiem nowego życia zagubionej dziennikarki.

Człowiek bez wiary we własne siły i możliwości jest jak latawiec pozbawiony wiatru, który by go niósł w przestworza i pozwolił lecieć jak najdalej.

Teatr Stary na Woli i Fundacja Złotych Serc tworzą nierozerwalny, wydaje się, duet. Dyrektorzy tych instytucji wzajemnie się wspierają. Niestety, Teatr nie przynosi miastu zysków i władze stolicy decydują się na jego zamknięcie. To właśnie wtedy w Fundacji i Teatrze pojawiają się Zuza i Jakub – każde z innego powodu. Dla biznesmena Teatr stał się źródłem najgorszych wspomnień i początkiem rodzinnej tragedii oraz żałoby. Celem jego życia staje się zemsta. Jakie konsekwencje dla Teatru i Fundacji będą mieć decyzje Bilewicza? Jedyną osobą, która może zapobiec tragedii, wydaje się Zuza. Czy podoła powierzonym zadaniom?

W swojej najnowszej powieści jedna z moich ulubionych polskich autorek, Ilona Gołębiewska, połączyła trzy bliskie memu sercu światy – świat teatru, świat ogarnięty wojną w latach 40. XX wieku i świat osób z różnymi typami niepełnosprawności. Teatr kocham i staram się kilka razy do roku zanurzyć w świecie kreowanym przez artystów na skrzypiących deskach. Tematyką wojenną interesuję się od kilku lat. Z chęcią czytam książki historyczne lub powieści fabularno-historyczne. Trzeci świat… Cóż, niepełnosprawna jestem od urodzenia, więc to właściwie moja codzienność.  Rozpoczynając lekturę, postawiłam więc Autorce bardzo wysoką poprzeczkę. Czy sprostała moim oczekiwaniom? Tak! I podzielam opinię wielu Czytelniczek, że Teatr pod Białym Latawcem to, póki co, Jej najlepsza powieść.

[…] podopieczni Fundacji Złotych Serc sami są jak latawce.

Jak już wspomniałam, podopiecznymi Fundacji, a zarazem bohaterami świątecznego artykułu Zuzy, są osoby niepełnosprawne. Zajęcia muzyczne, teatralne czy z terapeutami są dla nich szansą na odkrywanie i pielęgnowanie pasji, kontakt z drugim człowiekiem. Są przede wszystkim źródłem radości i szczęścia. Niepełnosprawni jak nikt inny potrafią cieszyć się z małych rzeczy. Raduje ich gest, uśmiech, prosta czynność… Bo często ta prosta dla zdrowego człowieka czynność, dla nich okazuje się być zdobycie szczytu K2. Dzięki temu Ilona Gołębiewska udziela swoim Czytelnikom lekcji empatii, tolerancji, akceptacji i zrozumienia – tego, czego na co dzień brakuje niepełnoprawnym i ich bliskim.

Do tego świata - świata ufności, prostoty i prawdziwych uczuć oraz emocji trafia Zuza – kobieta poszarpana przez życie. Zdradzona, oszukana, osamotniona. Choć nie okazuje słabości, głęboko w sercu nadal pozostała Zuzią. Kobietą pragnącą miłości, czułości, bezpieczeństwa i uwagi. W towarzystwie niepełnosprawnych, pewnej wiekowej aktorki i pracowników Fundacji odkrywa nieznany jej dotąd świat i wyrusza w wędrówkę w głąb siebie.

Długo by można było jeszcze pisać o fabule i bohaterach. O aktorce Elenie, o jej przeszłości, o Bilewiczu czy dyrektorze Teatru. Ale tu chcę zakończyć tę część recenzji, by nie zepsuć Wam uczty. By nie zepsuć spotkania z tak wyjątkowymi postaciami i ich środowiskami. Z tymi emocjami i tragicznymi losami. Jestem pewna, że jeśli należycie do grona miłośniczek powieści obyczajowych, lektura wyciśnie z Was niejedną łzę i wywoła niejeden uśmiech.

Pisząc o książce Ilony, nie sposób nie wspomnieć o jej charakterystycznym już stylu. Kto czytał inne powieści tej autorki, to wie, że ona to prostu TO ma. Myślę, że poznałabym go bez patrzenia na okładkę czy notę wydawniczą. Co wyróżnia styl Ilony? Oprócz bogatego zasobu słownictwa, opisów poruszających wyobraźnię i serce, fragmenty nasycone życiowymi refleksjami, mądrościami czy radami. W zabieganej codzienności rzadko pytamy się o sens życia, definicję miłości czy przepis na szczęście. Narrator w powieści Ilony daje nam wiele drogowskazów. Momentami aż za dużo jak dla mnie. Było kilka takich chwil, gdy cichutko wzdychałam, ponieważ takie „wstawki” niepotrzebnie, w moim odczuciu, przeciągały akcję czy przerywały dialog. Wiem jednak, że są potrzebne i kilka fragmentów z pewnością trafi do Waszych notatników z wartościowymi cytatami.

Wojna, która brutalnie, z dnia na dzień, zabrała nam piękny świat teatru, niepełnosprawni, teatr. Te trzy składniki, tak pięknie połączone, stworzyły przejmującą powieść. Dającą ukojenie i nadzieję na to, że nigdy nie jest za późno, by odnaleźć szczęście i spełnić marzenia. Ja się nie zawiodłam. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do sięgnięcia po ten tytuł. A Tobie Ilonko, dziękuję, że w swej prozie „przemyciłaś” niepełnosprawnych. My jesteśmy. Istniejemy. Funkcjonujemy. Żyjemy. A mam wrażenie, że dla świata filmu, książki i teatru właśnie wciąż jesteśmy tematem tabu… Jesteśmy jak te latawce, które choć unoszą się nad ziemią, są widoczne tylko dla tych, którzy podnoszą głowę.


czwartek, 25 października 2018

"Spadek" - Kasia Bulicz-Kasprzak (#MamaDropsaCzyta)


Kasia Bulicz-Kasprzak, Spadek, Wydawnictwo Edipresse.
#MamaDropsaCzyta

„To, czego nie chcesz, może okazać się tym, czego najbardziej potrzebujesz”.

Bardzo polubiłam powieści Kasi Bulicz-Kasparzak, gdyż są pełne emocji, humoru, skłaniają do refleksji, przemyśleń, za świetne kreacje bohaterów i piękny język. Bohaterką jej najnowszej książki pt. „Spadek” jest Dorota Jakubiec, absolwentka japonistyki, tłumaczka, którą po roku rzucił kolejny chłopak Kuba, a jego miejsce zajął bardzo absorbujący pies, oddany na pół roku przez przyjaciółkę. Pojawienie się Dusi w domu spełniło dziecięce marzenie Doroty. Dziewczyna nie miała czasu na rozpacz, ponieważ otrzymała telefon ze szpitala w Tomaszowie Lubelskim, że na oddziale od miesiąca przebywa jej osiemdziesięcioletni dziadek i nikt z rodziny się nim nie interesuje. Najwyższa pora, żeby wnuczka się nim zajęła. A wnuczka nigdy w życiu nie widziała dziadka, ponieważ ojciec biologiczny wyjechał tuż po jej urodzeniu i też go nie znała. Lukę wypełnił Mikołaj, który ożenił się z matką. Dorota bardzo go kochała, nawet bardziej niż matkę. Matka nie znosiła wprost rozmów na temat biologicznego ojca. Mimo wszystko bohaterka pojechała do szpitala na spotkanie z dziadkiem i odwiozła go do domu a nawet zrobiła zakupy. Dom, otoczony starym sadem, był potwornie wewnątrz zapuszczony. Rozmowa z dziadkiem się nie kleiła, ale sąsiadka była za to rozmowna. Do tej pory to ona i mąż pomagali dziadkowi, zawieźli go do szpitala. Dorota miała wsparcie w Celinie, cioci-babci, która zastępowała jej babcię, i była dla niej jak najlepsza przyjaciółka. Pojawienie się dziadka obudziło to samotne, porzucone dziecko, które wciąż drzemało we mnie. Od tej pory wnuczka co tydzień odwiedzała dziadka, próbowała jakoś ogarnąć zapuszczony dom, zrobić zakupy, usiłowała z nim porozmawiać, odwiedzała sąsiadów. Udało się jej znaleźć nocleg w „U Kim” . Nie miała jeszcze pojęcia, że dzięki Kim, nowej przyjaciółce, zmieni niebawem swoją przyszłość. Uchyliłam drzwi swojej duszy, a Kim zajrzała do środka i tak została moją przyjaciółką. Mikołaj z kolei uświadomił córce, że opiekując się odpowiedzialnie dziadkiem, zda egzamin z człowieczeństwa. Matka nigdy nie poznała rodziców Mariana, biologicznego ojca Doroty. Ale sprawa z dziadkiem przyczyniła się do szczerej rozmowy córki z matką, w wyniku której mama udzieliła jej oczekiwanego przez lata wsparcia. W każdą sobotę dziadek czekał na wnuczkę, a jeśli jej coś wypadło i się nie pojawiała w chałupie, to nawet dzwonił do niej. Pokazał jej stare zdjęcia babci Marianny, opowiedział jej wojenną , niezwykle poruszającą historię swojej i babci rodziny. Obydwoje płakali. Na zdjęciach pojawił się i Marian, po którym Dorota odziedziczyła urodę. Co roku przed świętami stary ojciec czekał na syna. Samotność spowodowała u niego zgorzknienie. Uświadomiła to Dorocie ciocia Celina. Autorka pokazuje jak między wnuczką i dziadkiem po tylu latach rodzi się powoli więź emocjonalna. Jakimś cudem udało się Dorocie wyrwać dziadka z domu, by spędzić Wigilię i Boże Narodzenie z ciotką Celiną w pensjonacie u Kim. Magia świąt zadziałała. A co z marzeniem Doroty o miłości i szczęściu? U Kim poznała jej syna Adama, spodobał się jej, spędzili ze sobą święta, było nawet romantycznie. Ale Dorota po ostatnich doświadczeniach sercowych nie chciała się pchać w kolejny związek, z których każdy kończył się fatalnie. Nie traciła jednak nadziei, że wielka namiętna miłość od pierwszego wejrzenia jest jeszcze wciąż przed nią i wyleczy ją z samotności. Pewnej soboty śnieżyca uniemożliwiła Dorocie powrót do domu, do pracy. Miała dużo czasu na rozmowy z dziadkiem, m.in. o ojcu Marianie, na oglądanie zdjęć, przemyślenia, refleksje. Dziadek bardzo żałował, że nie wiedzieli z babcią o istnieniu wnuczki. To pogłębiło ich relacje jeszcze bardziej, martwili się wzajemnie o siebie. Dorota dzielnie sama lub z ojczymem Mikołajem odwiedzała dziadka w każdą sobotę, wyczekując wiosny. A co przyniosła bohaterom wiosna? Ważny telefon z Edynburga od Lou, przyjaciela ojca informujący o chorobie nowotworowej Mariana i jego ciężkim stanie. Przed śmiercią syn chciałby się zobaczyć z ojcem. Marian też nie wiedział o istnieniu córki. To dla nich ostatnia szansa , aby się poznali. To przecież jej ojciec, musi do niego pojechać. Ponieważ dziadek bał się latać, czekała ich wyprawa samochodem, Mikołaj i Adam podjęli się jazdy. Dzięki temu akcja powieści przenosi się do pięknej Szkocji, poznajemy bliżej Edynburg, tradycyjne dania szkockie. Niezwykle wzruszające są momenty, w których Dorota poznaje ojca.

Marian gasł w oczach jak dopalająca się świeczka. Patrzyłam, jak mój stwórca szykuje się do drogi, powołany przez Stwórcę wyższej rangi.

Czy Dorota wybaczyła umierającemu ojcu? Jakie uczucia targały jej duszą?
Dlaczego historia miłości Mariana i Lou była tak intrygująca? W Szkocji Dorota poznała niezwykle pięknego mężczyznę Jamesa, siostrzeńca Lou, który był jej przewodnikiem po stolicy Szkocji. To były najmilsze chwile podczas pobytu. Dorota obiecała przyjechać tu na dłużej. Latem zafundowała sobie więc pięciodniowy urlop właśnie do Szkocji. Spędziła bajeczny czas z Lou, która jak wróżka za pomocą czarodziejskiej różdżki – karty kredytowej przemieniła kopciuszka w piękną królewnę, dzięki temu bajkowa królewna Dorota mogła udać się na randkę z pięknym Jamesem do drogiej restauracji. Ale czy to, że James się podobał dziewczynie wystarczy, żeby z nim została na zawsze? Czy w życiu chodzi o walentynkowy róż?! Piękna Szkocja zauroczyła dziewczynę, a co z rodziną, przyjaciółmi odpowiedzialnością. i znowu szczęśliwe chwile nie trwały zbyt długo. W jaki sposób James zraził Dorotę do siebie?

Zakochiwanie się można porównać do stania na molo nad jeziorem w cudowny letni dzień. Świeci słońce, jego promienie rozbijają się w zmarszczkach wody na tysiące brokatowych błysków. Kiedy jest się całkiem młodym, w ułamku sekundy podejmuje się decyzje, bieg po molo, skok w toń i człowiek jest już zanurzony w miłości. W miarę przypływu lat decyzja o skoku przestaje już być taka prosta. Mamy świadomość, że woda jest zimna, bywa brudna i śmierdząca. Ale skoro wszystkie koleżanki już tam są… No i w końcu przychodzi taki czas, gdy stoimy na molo, patrzymy w wodę i zastanawiamy się, bo łatwiej z kimś pójść do łóżka, niż się w nim zakochać.

Wróciła więc do Warszawy, do stęsknionego dziadka, za którym również tęskniła. Był dla niej kimś ważnym. Musiała wszystko przemyśleć i nabrać dystansu do samej siebie. Kto jej pomógł przemienić się wewnętrznie? Na jaką decyzję zdobyła się Dorota? Czy wreszcie odważnie spojrzała w przyszłość i uruchomiła maszynę zmian? A co z Adamem? Czy los podsunął jej to, czego tak naprawdę potrzebowała? Zachęcam gorąco do sięgnięcia po tę niezwykle interesującą książkę.Powieść napisana jest pięknym językiem, zaprawionym humorem, ale i liryzmem, szczególnie w opisach przyrody, które pomagają wyrazić stan duszy bohaterów. Kasia Bulicz-Kasprzak stworzyła świetne kreacje bohaterów, historia otrzymanego niespodzianie w spadku dziadka i wnuczki poruszyła mnie do głębi. Ta rodzinna rewolucja spowodowała tyle zmian w życiu bohaterki, jakich się absolutnie nie spodziewałam. W tej powieści jest pełno mądrości życiowych, które nam mogą pomóc w wielu sytuacjach. I na koniec ostatnia z nich adresowana do tych, którym brakuje odwagi, aby dokonać zmian w życiu:

Życie jest jedno. Jeśli teraz nie pójdziesz własną ścieżką, drugiej szansy nie dostaniesz”.

Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!

niedziela, 21 października 2018

"Mąż na niby" - Nina Majewska-Brown (#MamaDropsaCzyta)


Nina Majewska-Brown, Mąż na niby, Wydawnictwo Pascal 2018.
#MamaDropsaCzyta
Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz powieści!

18 września 2018 roku miała swoją premierę najnowsza książka Niny Majewskiej-Brown „Mąż na niby”. To opowieść o tkwiącej w kobietach sile i determinacji, dzięki którym można podnieść się nawet wtedy, gdy tracisz grunt pod nogami.

Bohaterką jest Zosia, nauczycielka języka angielskiego w poznańskiej szkole i tłumaczka, mama dwunastoletniej Poli. Bohaterkę poznajemy w momencie, w którym zawalił się jej świat, bowiem po dwunastu latach małżeństwa odszedł od niej mąż Paweł do narzeczonej, z którą będzie miał dziecko. Romans trwał od dwóch lat, a Zosia niczego wcześniej nie podejrzewała. Jak to zwykle bywa, żona dowiedziała się o tym ostatnia. Wydawało się jej, że są szczęśliwym małżeństwem. Jeszcze niedawno spędzili cudowny weekend na Majorce. Zosi trudno w to uwierzyć, może to tylko bezczelna plotka. A jednak Paweł sam to potwierdził i wyprowadził się z domu, zabierając oprócz osobistych rzeczy kilka innych przedmiotów. Miał do wszystkiego prawo, bo na to zapracował – tak mniemał.

Autorka bardzo wnikliwie opisuje to, co działo się w rozpadłym na kawałki sercu Zosi. Jak wytłumaczyć ten fakt córce, jak sobie dadzą radę we dwie pod każdym względem. Zrozpaczona Zosia przeżywa całą feerię emocji: złość, niedowierzanie, niepokój, niepewność, strach, panika.

Czuję, że umieram. Czuję się niepotrzebna. Czuję się wrakiem człowieka, na którego już nikt i nic nie czeka. (…) dla mnie życie nagle stanęło w miejscu i straciło sens. Tylko świat jakoś tego nie dostrzegł.

Zosia po prostu nie potrafi żyć bez Pawła, bo tak bardzo go kocha i jest skłonna mu wszystko wybaczyć, aby tylko wrócił do domu. Płacz, szloch przynosi ukojenie, ale tylko na chwile. Pozytywną stroną jest obecność Poli, którą musi się zaopiekować. Zosia znajduje wsparcie w Joli, najbliższej przyjaciółce. W szkole nauczycielki  już dawno za jej plecami plotkowały o romansie Pawła, to jedna z koleżanek zwróciła jej uwagę na zachowanie męża. Wszyscy w pokoju nauczycielskim najchętniej wysłuchaliby historii Zosi, a ona przecież tego tematu nie oswoiła wciąż jeszcze.  

Nieustająco stąpam po śladach wspomnień i chce mi się wyć. Poranki są fatalne. Przed Polą muszę udawać, że wszystko jest jak zwykle, a przecież nic nie jest jak dawniej!

A jak zareagowali na to wszystko rodzice? Teściowie, pan doktor i pani doktorowa, czyli nobliwa pani Irena z panem Stanisławem, autorzy, projektanci i twórcy najjaśniejszego i najgenialniejszego księcia na białym rumaku – Pawła, od początku uważali, że Zosia nie jest dobrą partią dla ich syna, lekarza, ordynatora. Oni ją tylko zaakceptowali. Teściowa perorowała, że Sara jest tylko przyjaciółką i tak jak kobieta najlepiej zrozumie kobietę, tak inna kobieta najlepiej zrozumie mężczyznę, który ma kłopoty z kobietą. To wina Zosi, że Paweł podjął tak drastyczną decyzję. A rodzice Zosi? Oni rozwiedli się, a właściwie to ojciec zostawił matkę po 28 latach małżeństwa. Nie mógł znieść jej trudnego charakteru, wręcz tyranii. Nie skłoniło to matki do żadnej refleksji, do pracy nad sobą. Zresztą matka była także niezadowolona z każdego wyboru córki. Ciągle ją krytykowała, nigdy nie wspierała. Jak ta bohaterka mnie denerwowała od początku do końca powieści! Co to za matka, która nie wspiera swojego dziecka?! Mało tego, opowiedziała się po stronie zięcia. Cenne były jedynie rady przyjaciółki Joli:

Pokaż mu, że go masz w tyłku i walcz. Wiesz, jak się zdziwi, gdy zamiast przed rozmemłaną żoną stanie przed silną kobietą? Zacznie myśleć, zastanawiać się, czy dobrze zrobił i może trochę bardziej się ogarnie.
- Człowiek niestety mierzy innych własną miarą, a nie na każdej powierzchni centymetr równy jest centymetrowi. Tak się traci czujność.

Zosia, aby zacząć sobie jakoś mimo wszystko radzić, zaczęła czytać przeróżne poradniki. Ale czy to w czymś pomogło? Trochę pomógł telefon od ojca, który opowiedział się po stronie córki i poprosił, aby Zosia zadbała o siebie i Polę oraz nie pozwoliła Pawłowi wejść sobie na głowę i w niczym nie ustępowała. Zosia postanowiła małymi kroczkami wrócić do normalności. W domu pojawiły się koty, na których widok Pola dostała kota. Kolejnym remont pokoju Poli, a następnie salonu. Następnie wybrała się do biura podróży, by wyjechać na wakacje. Przed wyjazdem pojawiła się w domu zmartwiona teściowa. Dlaczego jej wizyta tak zaskoczyła pozytywnie Zosię? Co się wydarzyło podczas pobytu na Majorce? Dlaczego Paweł pojawił się znowu w domu? Czy Zosia uległa jego namowom?

Pamiętaj, my, kobiety, musimy umiejętnie manewrować facetami i prowadzić ich przez Zycie, pociągając za sznurki tak, by stale musieli o nas zabiegać. To jak ze zwierzyną łowną. Dopóki za nią gonisz, jest zabawa, gdy leży martwa, przestaje być interesująca.

Kto oszołomił wręcz Zosię takim wywodem? Jakie w końcu wyzwanie Paweł rzucił Zosi? Czy życie Zosi odzyska kiedyś smak?

Mimo poruszonej bolesnej tematyki rozstań i narracji pierwszoosobowej, książkę czyta się lekko dzięki językowi, który zaprawiony jest kpiną, złośliwością, gorzkim humorem, czasem dosadnie pisarka nazywa rzeczy po imieniu. Książkę się pochłania! Zmusza ona do refleksji, do zachowania czujności. I znowu pisarka nam uświadamia, jak ważna jest w związku rozmowa, rozmowa, rozmowa. To niezwykle realna i mądra powieść, która także ukazuje siłę przyjaźni. Jest pięknie wydana, zachwyciły mnie ilustracje Igora Mikody, które lubiła Zosia. I tylko mam jedno ale: za szybko się skończyła.

Gorąco polecam na jesienne długie wieczory.
                                                                       

poniedziałek, 15 października 2018

"Młodzieniec" - Rafał Barnaś (patronat medialny)


Rafał Barnaś, Młodzieniec, Wydawnictwo Manufaktura Słów 2018.
Patronat Dropsa Książkowego

Z wielką radością dzielę się z Wami recenzją mojego pierwszego patronatu. Młodzieniec to powieść, która łączy w sobie to, co tygrysy (Dropsy) lubią najbardziej – wątki miłosne z kryminalnymi, a nawet szpiegowskimi. Cieszę się więc, że z okładki na czytelników spogląda moje logo - i to w tak doborowym towarzystwie!

„Portret młodzieńca” Rafaela – obraz, który trafił do Polski za sprawą Izabeli Czartoryskiej, zaginął zimą 1945 roku i jego losy nie są znane do dziś. Rozbudza to wyobraźnię – i historyków, i pasjonatów sztuki. Opisana przez Rafała Barnasia historia jest fikcją literacką, która mogła wydarzyć się naprawdę. Jak przyznaje, inspiracją była rozmowa z pochodzącym z Polski Australijczykiem:

Prawdopodobnie nigdy się nie dowiem, czy jego historia wydarzyła się naprawdę, czy może była jedynie wytworem jego bujnej wyobraźni. Jeśli jednak kiedykolwiek w mediach pojawi się informacja, że odnalazł się „Portret młodzieńca” pędzla Rafaela, to pierwszą osobą o której pomyślę, będzie niepozorny mężczyzna, którego dane było mi kiedyś poznać w odległej Indonezji.

Pozwólcie, że fabułę i bohaterów nakreślę Wam bardzo króciutko, by nie psuć przyjemności z lektury. Andriej Zolotar, jak każdy osiemnastolatek, ma głowę pełną pomysłów i marzeń. Kształci się na Uniwersytecie Lwowskim i planuje przyszłość ze śliczną sąsiadką. Zaręczają się w Muzeum – właśnie przy portrecie Młodzieńca. Niestety, wybuch II wojny światowej na zawsze rozdziela zakochanych. Chłopak w jednej chwili zostaje zdaną na siebie sierotą. Trafia na front. Jako żołnierz, który marzy o śmierci na polu walki, natrafia na bliski jego sercu obraz. Czy możliwe jest, by podczas wojennej zawieruchy bezpiecznie ukryć tak wyjątkowe dzieło…?

Rafał Barnaś odsłania powojenne losy portretu – od momentu próby ukrycia go przez Niemców aż po kwiecień 2010 roku, który na zawsze zmienił polską scenę polityczną oraz relacje polskiego i rosyjskiego wywiadu. Powieść czyta się szybciutko – nie tylko ze względu na liczbę stron (niecałe 200). Wartka akcja, wątki szpiegowskie, zagadka i wielka niewiadoma sprawiają, że nie sposób oderwać się od książki przed poznaniem zakończenia. Przygoda, niebezpieczeństwo, walka wywiadów – a wszystko to tyczy się jednego obrazu. Przyznacie, że to niebanalna mieszanka? Jestem pełna podziwu dla Autora, że z taką lekkością i naturalnością połączył to wszystko w całość. Choć przedstawiona przez niego historia jest, jak zaznacza, fikcją literacką, została napisana w taki sposób, że nie zdziwiłabym się, gdyby naprawdę te wydarzenia miały miejsce. Widać, że Barnaś doskonale orientuje się w sytuacji na arenie międzynarodowej.

W powieści pojawia się wątek katastrofy smoleńskiej. To trudny temat, budzi wiele emocji. Moim zdaniem autor doskonale sobie z nim poradził. Barnaś nie ocenia, nie wydaje wyroków, nie staje po żadnej ze stron politycznego sporu. Nawiązanie do tego wydarzenia nie jest absolutnie naciągane – wręcz przeciwnie, bez tego odwołania w fabule byłaby po prostu luka.

Młodzieniec to debiut literacki. Bardzo udany i obiecujący. Oczywiście nie jest pozbawiony wad – na początku trudno mi było wgryźć się w styl autora, jednak z każdą stroną było coraz łatwiej. Warto dać mu szanse i porwać się historii z obrazem w roli głównej. Nawet, jeśli tak jak ja, nie przepadacie za sztuką.  

czwartek, 11 października 2018

"Dwanaście życzeń" - Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska (recenzja przedpremierowa)


K. Troszczyńska, K. Głogowska, Dwanaście życzeń, Wydawnictwo W.A.B. 2018.
cykl #MamaDropsaCzyta
Dziękuję za egzemplarz do recenzji! 

Katarzyna Troszczyńska i Karolina Głogowska to dziennikarki obecnie związane z Wirtualną Polską, które lubią pisać dla kobiet. 17 października będzie mieć premierę ich świąteczna książka Dwanaście życzeń, którą zarekomendowały Magdalena Majcher, Gabriela Gargaś i Magdalena Kordel, która o powieści pisze tak:

Magiczna opowieść o tym, że w życiu każdego, nawet tego, kto już dawno przestał wierzyć i w Świętego Mikołaja, i w miłość, jest miejsce na prawdziwy cud. Dwanaście życzeń to wzruszająca, chwytająca za serce powieść o tym, że nawet jedno spełnione życzenie może odmienić całe życie. A może zamiast odmienić całe życie, odmienić wszystko na lepsze?

Za oknem panuje złota polska jesień a ja już mogę dzięki tej książce zanurzyć się w wyjątkowej atmosferze grudniowej nocy i poznać losy bohaterów należących do jednej rodziny. Powieść składa się z trzech części, z których pierwsza rozgrywa się w niedzielę, 23 grudnia, druga- w poniedziałek, 24 grudnia rano i trzecia część – w poniedziałek, 24 grudnia po południu. Każda część podzielona jest na krótkie rozdziały zatytułowane imionami bohaterów.  Wigilia, Boże Narodzenie to najbardziej magiczny czas , za którym wszyscy tęsknimy, by je celebrować. Jakie problemy przeżywają bohaterowie powieści?

Dagna Kreft od pięciu lat pracuje w telewizji, pochodzi z małej miejscowości, której się wstydzi a w niedzielę 23 grudnia ma poprowadzić program o magii rodzinnych świąt Bożego Narodzenia. Przekonuje widzów o tym, że nie ma jak święta w domu i że zawsze warto do niego wracać bez względu na odległość. Sama natomiast nie ma zamiaru odwiedzić rodziców, woli pracować. W sporadycznych rozmowach telefonicznych z mamą wymiguje się dyżurami i zmęczeniem od odwiedzin. Nagle na antenie słyszy głos rodziców, którzy zapraszają ją na święta i zapewniają, że wszyscy na nią czekają. Dagna czuje się tym zażenowana. Nie pomagają też telefony od starszej siostry Bogusi- typowej żony, pani domu niemalże perfekcyjnej i matki czworga dzieci. Wolny czas między dyżurami pani redaktor, wesoła singielka woli spędzać na randkach z facetami, tak bardzo chce znaleźć męża, coby zmienić nazwisko i wyjść z rodziny, która wywiera na nią zbyt dużą presję. Skoro Dagna nie ma planów rodzinnych na święta, dostaje zadanie przygotować reportaż o bożonarodzeniowym cudzie w Kaczorach, jej rodzinnej wiosce. Na oknie domu ukazała się Matka Boska – na szybie jej domu, ale o tym nie przyznała się do operatora. Ten cud sprawił, że spotkała się z rodzicami w domu. Kolega operator był urzeczony miejscowością, do której w dzieciństwie przyjeżdżał na kolonie. A pod domem gromadziły się tłumy mieszkańców, pielgrzymów, dziennikarzy, ktoś sprzedawał obrazki ze świętego miejsca. Dla rodziców najważniejsza była obecność Dagny, tak bardzo się cieszyli. Dlatego matka o cudzie zawiadomiła telewizję, bo była pewna, że Dagna przyjedzie jako dziennikarka. Nawet Oskar, operator, dostrzegł w oczach państwa  Kreftów miłość i dumę z córki. Dagna wreszcie  zrozumiała swój błąd i postanowiła spędzić święta z rodzicami, siostrą Bogusią i jej rodziną. A może ten cud na szybie wydarzył się właśnie po to? Każdemu, kto tylko ją spyta, przysięgnie, że w Kaczorach, kurde, wydarzył się cud!

Bogusia –o 8 lat starsza siostra Dagny, kocha Kaczory,  rodzinna jak mama, perfekcyjna pani domu, uwielbia gotować, piec, sprzątać, prac, prasować, żona, która zawsze czeka na męża z obiadem, kochająca matka czworga dzieci: osiemnastoletniego Kacpra, szesnastoletniej Martyny oraz kilkumiesięcznych bliźniaków Kajtka i Wojtka. W młodości marzyła o Akademii Sztuk Pięknych, ale ciąża jej w tym przeszkodziła. Skończyła więc technikum fryzjerskie, wspólnie z koleżanką założyła salon fryzjerski. Jej mąż Edek był zdolnym stolarzem, wybudował dom z drewna. Z czasem wypijał coraz więcej piwa, więc Bogusia była zła na niego. Często w rozmowach telefonicznych wytykała młodszej siostrze brak zainteresowania rodziną Tak bardzo się różniły od siebie. Bogusia była zbyt przytłoczona obowiązkami i pracą. Edek tak mało jej pomagał, bo ciągle nie było go w domu, pracował. Tuż przed świętami dowiedziała się, że Edek ją chyba zdradza, kilka razy przyłapała go na kłamstwie. i na dwie godziny przed kolacją wigilijną też nie ma go w domu… Co zrobi z Edkiem Bogusia? Czy wydarzy się kolejny wigilijny cud?

Powieść pokazuje nam, że Boże Narodzenie to szczególny czas, w którym można odnowić więzi rodzinne. Basia jest córką Rity i Czesława, wujka Dagny i Bogusi. Ale Czesław to ojciec na niby, bowiem po odejściu od matki i córki w Wigilię zbyt mało albo wcale nie interesuje się opuszczoną i tęskniącą za nim Basią. Sprawił ogromny ból ośmiolatce. Od tamtej chwili córka przestała wierzyć w tatę, którego bardzo kochała i podziwiała. Założył drugą rodzinę, jego żona Irena przypomina Basi macochę z Kopciuszka, a Pola – rozpuszczona córeczka. Mama Rita zaproponowała Basi, aby przez cały rok zapisywała w każdy pierwszy dzień miesiąca życzenie. Tuż przed świętami zgromadzi ich dwanaście. Wtedy ofiaruje je bliskiej osobie i jedno z nich zawsze się spełni. Wystarczy to jedno a wtedy będzie szczęściarą. Oczywiście jedno z nich zawsze dotyczyło taty. Gdy dorosła, nie chciała kontaktów z ojcem. Po latach ojciec zaprosił Basię na wigilię, bo jest chory. W końcu dziewczyna się zgodziła go odwiedzić razem ze swoją przyjaciółką Alicją. W jej dwudziestosześcioletnim życiu tylko trzy wizyty w nowej rodzinie ojca zapamiętała. Czy ojciec faktycznie wyglądał na chorego? Czy udało się im naprawić relacje? Z kolei Pola, młodsza córka Czesława i Ireny, miała spędzić święta jako szczęśliwa mężatka. Ale tak się nie stało, ponieważ szóstego grudnia Piotr jej narzeczony zerwał zaręczyny i ją porzucił. Jego matka bowiem widziała syna prawnika u boku prawniczki lub lekarki a nie lekarki weterynarii. Poli zawalił się świat, wpadła w depresję, zaplanowała, że zażyje tabletki nasenne i popełni samobójstwo. Czy plan Poli się powiedzie?

Kto będzie próbował uratować ten wykolejony wieczór wigilijny, który poleciał na łeb na szyję? I czy to się uda? Czy spokojne święta to jest tylko oksymoron? ! Każdemu z całej plejady ciekawie skonstruowanych bohaterów problemy kumulują się w tym magicznym dniu, który powinien dać wytchnienie, radość, szczęście, zgodę. Ale mimo wszystko magia Bożego Narodzenia działa i zdarza się cała seria cudów, które odmieniają życie bohaterów na lepsze. Najbardziej wzruszyła mnie postać Róży, która aż 65 lat czekała na spełnienie obietnicy Józefa – w wieku 80 lat spełniła swoje marzenie i zapisała się na kurs tanga. Pragnęła je zatańczyć z Józefem -  „Ja mam czas, ja poczekam”, jej ulubioną wersję śpiewaną przez Faliszewskiego. Niezwykłą historię ich miłości poznacie w powieści.

Dwanaście życzeń to piękna, wzruszająca i poruszająca opowieść pełna świątecznej magii: zapachu potraw, ciast wigilijnych, wypastowanych podłóg, choinki, dźwięku kolęd oraz o tym, że ludzie w tym szczególnym dniu tak bardzo potrzebują bliskości i ciepła oraz zrozumienia . To czas sprzyjający rozmowom bez pośpiechu, refleksji, uświadomienia sobie, co tak naprawdę jest najważniejsze w życiu. To miły i piękny, po prostu cudowny czas. Tak jak w Kaczorach, gdzie, kurde, wydarzył się cud! Dziękuję Autorkom za niepowtarzalny klimat tej powieści, od której nie mogłam się wprost oderwać.

czwartek, 4 października 2018

"Szczęście za horyzontem" - Krystyna Mirek (#MamaDropsaCzyta)

 Krystyna Mirek, Szczęście za horyzontem, Wydawnictwo Edipresse 2018.

Spalone mosty to najlepszy w życiu start.
Za horyzontem wielka korona gór…

Uwielbiamy rodzinnie piosenki Budki Suflera, towarzyszą nam we wspólnej drodze przez życie już 34. rok a nawet dłużej. Wers piosenki zamieszczony w opisie sprawił, że niecierpliwie czekałam na książkę, aby przekonać się, czy czasem spalone mosty to najlepszy początek… Jak zawsze każda nowa książka Krystyny Mirek bardzo mnie cieszy.

Główni bohaterowie Justyna i Janek pochodzą z dwóch światów. Justyna żyła w luksusach, miała świetną pracę, towarzystwo, pasje, marzenia, ulubione rozrywki. Była szczęśliwa, miała partnera Sławka, z którym wynajmowali apartament. Niczego im nie brakowało. Czekali na narodziny bliźniąt. Właściwie to ona pragnęła dziecka. I nagle, w ułamku sekundy zawalił się jej świat. Justyna wracała do domu ze spotkania z koleżankami. Jechała szybko, cała w skowronkach po udanej imprezie, na której wypiła dwie lampki wina, by zapomnieć o znoszonej z ogromnym trudem ciąży. Doszło do tragedii, a ogromne poczucie winy rozrywało serce zrozpaczonej kobiety. Wpadła w depresję, zobojętniała dla świata, Sławek się wyprowadził, bo miał dość. Postanowił zacząć nowe życie. Justyna chciała wyjechać, odwiedzić po 10 latach babcię, opowiedzieć jej o wszystkim. Była skłócona z rodzicami, zawsze najlepiej się dogadywała z babcią. Uważała mamę za zimną kobietę pozbawioną uczuć marzeń, pasji, ambicji. Jak można się cieszyć z siedzenia w domu, gotowania, sprzątania, prania? To zbyt monotonne dla Justyny. Wyprowadziła się więc z Warszawy. Dobrze, ze jesteś – powitała ją babcia. Wysłuchała zrozpaczonej wnuczki, ale cuda to nie jej działka. Poradziła, że poczucie winy może zmniejszyć tylko zadośćuczynienie – pokuta, kara, która komuś przyniesie coś wartościowego, wielkie dobro. Wybór padł na rodzinę – zaniedbanego mężczyznę z trojgiem biednych dzieci, którą przypadkiem spotkała po drodze w sklepie. Należało ją tylko odnaleźć.

Janek Małecki po śmierci żony sam zajmował się wychowaniem trojga dzieci. Nie zawsze mu to wychodziło, ponieważ od rana do nocy pracował. Mimo to znajdował się w niezwykle trudnej sytuacji finansowej, większość pensji pochłaniały  długi z przeszłości. Stąd też w biednym domu często gościł głód. Rodzina żyła bardzo skromnie. Dzieci sprawiały wrażenie bardzo zaniedbanych. Same sobą się opiekowały. Najstarszy Wiktor miał za dużo obowiązków domowych, często zaniedbywał szkołę. Wieczorem padał na twarz zmęczony. Bardzo chciał, by ktoś im pomógł. By zdarzył się cud. Sam przecież był dzieckiem. Babcia niechętnie im pomagała. Zresztą dzieci nie czuły się z nią bezpieczne. Tę rodzinę w sklepie spotkała Justyna. Los sam postawił na jej drodze rozwiązanie, zdobyła wiec adres od ekspedientki i postanowiła być przez dwa lata służącą, pokorną, pracowitą, wyrozumiałą i serdeczną. Każda z tych cech kojarzyła się jej z najgorszymi aspektami codzienności. Z kurami domowymi, straconym życiem i przegraną. Rodzina ta była dla niej tylko pokutą, lekiem, aby zagłuszyć skowyt duszy, nieugaszoną tęsknotę. Udało się jej dzięki dzieciom przekonać Janka, aby zgodził się na jej pomoc w opiece nad dziećmi i prowadzeniu domu. Najmłodszy Leoś był chory i szczególnie potrzebował kogoś. I odtąd każdy dzień Justyny wypełniony był ciężką, fizyczną pracą związaną z zaprowadzeniem ładu w domu, nakarmieniem dzieci, zajęciem się nimi w bardzo trudnych warunkach. Jedynym bonusem były dla niej piękne wschody i zachody słońca i zapierająca dech w piersiach panorama rozciągająca się wokół domu. Góry mieniły się najpiękniejszymi kolorami jesieni. W trudnych momentach sięgała wzrokiem za horyzont, bowiem znalazła się po jego drugiej stronie. A nie było to łatwe. Znalazła też ulubione miejsce w zapuszczonym ogrodzie – kamienną ławeczkę, skąd mogła patrzeć na góry. Z czasem poczuła, że to miejsce ją pociągało. Zaczęła marzyć o pięknym owocowym sadzie, w którym drzewa będą rosnąć i owocować zgodnie ze swoją naturą.  Justyna i Janek spotkali się w momencie, w którym każde z nich sięgnęło dna i nie wiedziało, jak się od niego odbić. Czy to tylko przypadek sprawił, że się spotkali? Z czasem ten najgorszy ojciec świata z okropną i odpychającą miną potrafi odczuwać i mówić o swoich marzeniach. To kłopoty, zmartwienia go przytłaczały. Dzięki Justynie nie stracił dzieci, ale bał się, że któregoś dnia ona odejdzie. Dzieliło ich wszystko, pochodzili z innych światów. A zderzenie tych odmiennych światów sprawiło, że  ich życie na zawsze się odmieniło. Dla Justyny do niedawna szczęściem było błogie lenistwo na egzotycznej plaży, zawodowe wyzwania, rozwój osobisty. A teraz ta ławeczka kamienna zarośnięta chwastami to dla niej najlepsza terapia, czuła satysfakcję ze spełnionej pracy i w jej sercu pojawiło się uczucie, że znajduje się we właściwym miejscu. Szczęście wśród chwastów!             

Czuła się bardzo dobrze. Dzięki niej rodzina Janka najtrudniejsze chwile miała już za sobą. Za rodzeństwem ciągnęła się zła opinia, bo dzieci chodziły do szkoły zaniedbane, nieprzygotowane, najstarszy syn Wiktor z trudem uzyskiwał promocję do następnej klasy, córka Emilka miała kłopoty z nauką, ojciec rzadko pojawiał się na wywiadówkach, czteroletni Leoś nie lubił przedszkola, był chorowity. Wiele zmieniły rozmowy z Jankiem, który w pełni był świadom swojej biedy – głodnych, brudnych, zaniedbanych dzieci, mających ogromne problemy z nauką. Nie mógł rzucić pracy. Był wykończony, poddał się. A gdyby jeszcze stracił dzieci, już nigdy by się nie odbił od dna. Rozmowa z Justyną go oczyściła, zmieniła. Okazał się wrażliwym, kochającym i mądrym życiowo mężczyzną, mimo że cierpiał z miłości do dzieci. Podczas tych wspólnych rozmów można było dostrzec między bohaterami podobieństwo dusz.

Wieczór był piękny. Ostatnie tchnienie ciepłej jesieni. pachniały zioła. Księżyc jasno oświetlał łagodne zbocza gór. Natura robiła wszystko, co w jej mocy, by dwoje młodych ludzi poczuło naturalny instynkt, który nakazuje łączyć się, kochać, czasem nawet nie znosić nawzajem, ale być razem. ta magia wciąż działała całkiem sprawnie.

Justynę cieszyła pełna zadań matczyna rzeczywistość, odzyskała równowagę psychiczną, pojawiły się nawet motyle w brzuchu. Czy to właśnie była miłość? Janek był pełen podziwu dla Justyny, widząc uśmiechnięte i szczęśliwe dzieci. a one odpłacały jej wdzięcznością.  To, że nie krytykowała go, nie oceniała, potrafiła wysłuchać, dać szansę , sprawiło, że i on odważył się zmienić pracę. Postanowił przestać żyć byle jak, bo czasem spalone mosty to najlepszy w życiu start, jak w piosence jego ulubionej Budki Suflera. Czy udało mu się znaleźć nową pracę? Kto pojawił się we wsi, by zburzyć spokój Justyny? czy spełnią się marzenia Justyny? Czy w  domu Janka pojawi się wreszcie to obiecywane tyle razy szczęście ?

Życie jest niczym górska rzeka. Potrafi się toczyć leniwie i przewidywalnie, łagodnie błyskając w słońcu gładką powierzchnią wody, ale  umie też nieźle przyspieszyć z powodu gwałtownych opadów i tworzyć głębokie wiry, o jakie nikt jej nie podejrzewał. Podobnie jest z codziennością. Czasem w ciągu kilku dni dzieje się więcej niż przez lata. (…) Cisza górskiej okolicy sprzyjała refleksji…

Oto garść moich refleksji po lekturze. To istotnie niezwykła historia, w której Pisarka pokazuje, jak bardzo można się pomylić, sądząc po pozorach. Warto też marzyć, aby nasze życie nabrało blasku. Należy też odważnie ruszyć za horyzont, wytężyć wzrok, by dostrzec to, czego nam najbardziej brakuje. W związku ważna jest rozmowa. Nie należy oceniać, krytykować, ale słuchać i dawać szansę.   Akceptacja i zrozumienie dodaje każdej ze stron skrzydeł. I nad tym muszę popracować! Są takie chwile, że nie można odpuścić, ale trzeba reagować błyskawicznie i mądrze. Krystyna Mirek nie ocenia bohaterów, przedstawia ich trudny los, zmuszając nas do refleksji, przeżywania feerii uczuć i emocji. A lekki styl mimo trudnego problemu sprawia, że powieść się pochłania. Człowieka może zrozumieć tylko drugi człowiek – to ważne przesłanie.

Ratujmy, co się da
Obróćmy jeszcze raz
Kalejdoskop