środa, 30 października 2019

"Wiśniowy dworek" - Katarzyna Michalak (#MamaDropsaCzyta)


Katarzyna Michalak, Wiśniowy dworek, Wydawnictwo Mazowieckie 2019.
#MamaDropsaCzyta
Seria: Trylogia Jabłoniowa

Katarzyna Michalak należy do grona moich ulubionych pisarek. Cenię jej lekkie pióro za to, jakich emocji dostarcza czytelnikom w swoich powieściach, podejmując często trudną tematykę. W jednym z wywiadów z Pisarką przeczytałam, że wielka burza emocji jest jej znakiem firmowym. W dzisiejszych trudnych czasach nie sposób patrzeć na świat tylko przez różowe okulary. Możemy jednak czerpać z osobowości bohaterów siłę do walki o miłość, która zwycięża wszystko. Możemy także uwierzyć w lepszą przyszłość i spełnienie marzeń. Warto też nabrać dystansu do swoich problemów. To właśnie gwarantuje lektura powieści wspomnianej Autorki. Wydawnictwo Mazowieckie wznowiło Trylogię Jabłoniową Katarzyny Michalak w nowej szacie graficznej a piękne okładki, przyciągające wzrok, zaprojektowała sama Autorka. Pragnę podzielić się z Czytelnikami swoją opinią – na początek oczywiście o pierwszej części.

Bo szczęściem jest pięknie żyć…

Jest to powieść obyczajowa z elementami psychologicznej i z domieszką sensacji. Opowiada historię Danusi i Danki. Dołącza do nich pewien tajemniczy mężczyzna, kolekcjoner wiedzy o obu kobietach. Danusia Wrzesień mieszka na wsi, w starym dworku z 1868 roku otoczonym wiśniowymi drzewami, gdzieś przy litewskiej granicy, prawie na końcu świata. Znajduje się tu szkoła podstawowa, w której uczy i matkuje dzieciom. Danusia bardzo kocha swoją pracę, uwielbia ciszę, iście sielskie życie na wsi. Nie wyobraża sobie przeprowadzki do wielkiego miasta. W ciągu sześciu lat znalazła sobie w Milewie spokojną przystań, płacąc za spokój samotnością. Opiekowała się starym ojcem, w domu pojawiała się na każdy jego telefon. Była przy nim jedyna z ośmiorga rodzeństwa. Danka Lucińska,  alter ego Danusi,  - „kobieta-pistolet, kobieta-żywioł”, uwielbiała życie w wielkim mieście, w Warszawie była dyrektorką dużej firmy zarządzającej nieruchomościami. Sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Wychowywali ją dobrze usytuowani rodzice, którzy byli lekarzami i przenieśli się z miasta na wieś, do uroczego domku pod lasem, nad cichym mazurskim jeziorem. Obie bohaterki otrzymały list informujący o tym, że jakaś ekologiczna firma ufundowała im tygodniowy pobyt wypoczynkowy w znanym kurorcie nad morzem. I tu się spotkały po raz pierwszy w życiu – szalona, energiczna, przebojowa, pewna siebie, silna Danka i wyciszona, „biedna, szara myszka z prowincji” Danusia. I on w przebraniu ochroniarza, mający je na oku – tajemniczy mężczyzna. Co się okazało? Dlaczego obie były w ogromnym szoku? Czy ta sytuacja miała związek z tajemnicą ojca ukrytą w testamencie? Dlaczego ojciec był zdolny do tego, aby utrzymywać tę tajemnicę aż przez trzydzieści lat? Czy pobyt bohaterek w luksusowym SPA był czystym przypadkiem? Jaką rolę odegrał w tym tajemniczy mężczyzna i kim się okazał? Wiele pytań – odpowiedź na nie da oczywiście lektura, do której szczerze zachęcam.

Danusia-romantyczna, Danka-rozważna i Daniel, któremu wydawało się, że nie jest zdolny do głębszych uczuć – te trójkę rozdzielili źli ludzie w dzieciństwie. Mimo że jedno z nich przeszło piekło na ziemi, pragnęli kochać całym sercem, pragnęli być szczęśliwymi. Czy uda się im odnaleźć miłość i prawdziwe szczęście w życiu? Czy potrafią wybaczyć?

Warto podkreślić, że historia Daniela związana jest z wątkiem sensacyjnym, dzięki któremu akcja nabiera tempa, toczy się szybko, trzyma nas w napięciu, obfituje w wiele zaskakujących zwrotów i wyzwala w nas całą gamę emocji podczas czytania. Postaci głównych bohaterów i pozostałych są świetnie skonstruowane. Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, mamy tu do czynienia z narratorem wszechwiedzącym.

W jednym z wywiadów z Pisarką przeczytałam, że zawsze poruszał ją problem utraconego dzieciństwa, los zaniedbanych dzieci, które musiały odnaleźć się w życiu i sobie radzić. One nigdy się nie poddawały jak dorośli. I to ją zainspirowało między innymi do napisania tej powieści. To piękna i poruszająca historia trojga bohaterow blisko ze sobą związanych. Ujęło mnie w nich to, że tak szybko nawiązali więzi i wzajemnie się wspierali. Gotowi byli do największych poświęceń. Nie umiem wytłumaczyć sobie postawy ojca Danusi, tak długo żył z tajemnicą dość istotną dla bohaterów. Jego relacja z Danusią mnie irytowała. Na każdy telefon córka rzucała wszystko i jechała, aby mu poświęcić czas. Miała bardzo dobre serce i potrafiła wybaczyć, nie żywić głębszej urazy. To anioł nie kobieta! Pisarka świetnie skonstruowała postacie głównych bohaterów. Ich historia wywołuje w nas całą feerię emocji: od radości, przez wzruszenie, aż po ból, strach a nawet grozę. Ich losy napisane są prostym ale pełnym emocji i cudnych opisów językiem. Śledząc tak różne losy bohaterów, uświadomiłam sobie, jakie wartości są w życiu najważniejsze i do czego może doprowadzić brak miłości, ciepła rodzicielskiego, utracone dzieciństwo, brak wybaczenia, zło.

Zachęcam do sięgnięcia po nią w jesienne, długie wieczory. Babie lato się wkrótce skończy, a wystarczy wziąć do ręki pełną emocji książkę, kubek rozgrzewającej herbaty, kawałek szarlotki, kocyk milusi, psa pod rękę do głaskania i odpłynąć do świata bohaterów.

A na koniec nie mogę się oprzeć – zostawiam Wam opis ukochanego dworu Danusi, azylu szczęścia:

(…)wreszcie miała przed sobą prosty i piękny w tej prostocie, biały staropolski dworek, z drewnianym gankiem rzeźbionym ręką dawnego mistrza, z oknami w szpros i dachem z kamiennego łupka. Miejsce tak piękne i czarowne, ze pokochała je od pierwszego wejrzenia.

Można się zakochać w tym miejscu przepełnionym ciszą, którą mąci jedynie cudny śpiew ptaków i upiększa zapach kwiatów. Przekonajcie się sami.

"Pozwól mi kochać" - Ilona Gołębiewska


Ilona Gołębiewska, Pozwól mi kochać, Wydawnictwo Muza 2019.
Seria: Dwór na Lipowym Wzgórzu
Część 1.: Podaruj mi jutro (recenzja)

Mówi się, że siódemka to szczęśliwa liczba. Szczerze mówiąc, nie wierzę w takie przesądy. Nie sposób jednak nie przyznać, że w przypadku Ilony Gołębiewskiej siódemka jest bardzo szczęśliwa! Pozwól mi kochać to jej siódma powieść i, moim zdaniem, najlepsza! Pachnie kwiatami, ziołami i przede wszystkim miłością. 

Powroty na Lipowe Wzgórze, powroty do starych znajomych

Och, jak cudownie w tym pięknym październiku było wrócić na Lipowe Wzgórze! Do Dworu Anieli Horczyńskiej, do pełnych ciepła i mądrości ludzi – mieszkańców i gości posiadłości, do tych zapierających dech w piersiach krajobrazów, do pobudzających kubki smakowe (i nie tylko) zapachów… Możliwość spędzania czasu z bohaterami Ilony Gołębiewskiej to prawdziwa przyjemność i dawka pozytywnej energii. To także szansa na czerpanie z ich siły, doświadczenia i pretekst do refleksji nad życiem. Bestsellerowa pisarka nie unika bowiem poważnych tematów, które dotyczą każdego z nas. Rodzinne tajemnice, konflikty trwające latami – chyba każda familia w Polsce mierzy się z takimi demonami.

Od dumy wydziału do oskarżonej – droga Sabiny Horczyńskiej

Ten tom serii poświęcony jest córce właścicielki posiadłości na Lipowym Wzgórzu. Aniela była główną bohaterką pierwszej części pt. Podaruj mi jutro. Tym razem Autorka oddaje głos Sabinie. To ceniona w środowisku uczelnianym wykładowca, mama dwóch dorosłych córek, kobieta sukcesu. Ma plan na życie i konsekwentnie go realizuje. Niestety, na konferencji prasowej dotyczącej jednego z najważniejszych projektów w jej życiu, pada ofiarą fałszywych oskarżeń. Z dnia na dzień w gruzach legły jej kariera, poczucie bezpieczeństwa, dobre imię, przyjaźnie i zdrowie… Miała wszystko i po jednej deklaracji dziennikarza wszystko straciła… Z trudem dochodzi do równowagi psychicznej – bierze leki i korzysta z pomocy terapeutki. Córka Klara namawia ją, by w oczekiwaniu na proces, zaszyła się na Lipowym Wzgórzu Sabina zgadza się, tym bardziej, że matka, z którą nie jest, delikatnie mówiąc, w zbyt dobrych stosunkach, wyjeżdża w podróż poślubną. Nie ma pojęcia, jak wiele w jej życiu zmieni pobyt we dworze…

Słowo jest wielkim władcą… ­– czyli jak fałszywe oskarżenia niszczą życie

Ciężko w recenzji, która, w tym przypadku, ma za zadanie zachęcić do lektury książki, a nie wszystko opowiedzieć i zanudzić odwiedzającego blog, poruszyć wszystkie tematy takich wielowątkowych powieści. Pozwólcie więc, że skupię się na trzech, w moim odczuciu, najważniejszych wątkach. Najpierw na tym, co związane jest z życiem zawodowym Sabiny. Jak już wspomniałam, podczas konferencji prasowej, padła ofiarą pomówienia. Zarzucono jej, że przyjęła łapówkę w zamian za sfałszowanie badań. I tym razem, powtarzając na Gorgiaszem, „słowo  okazało się wielkim władcą”. W jednej chwili kobieta straciła wszystko. Została odsunięta od wykonywania obowiązków na uczelni, a prokuratura rozpoczęła przygotowania do procesu. Media i branża nie postawiły na Horczyńskiej suchej nitki. Ilona Gołębiewska poruszyła temat, który zdarza się niemal w każdym środowisku pracy. Zazdrość, zawiść, kopanie pod kimś dołków… W przypadku Sabiny sprawa znalazła swój finał w sądzie. Często jednak konfliktu nie rozstrzyga sędzia. Jednak rana w sercu, utrata dobrego imienia zostają. Sabina cierpiała i na ciele, i na duchu. Myślę, że ta sytuacja jest przestrogą dla nas wszystkich. Łatwo jednym słowem zniszczyć komuś życie. Dużo trudniej jest je później odbudować. Często bywa to zupełnie niemożliwe…

Jaka matka, taka córka – czy na pewno?

Relacji matki i córki Ilona Gołębiewska sporo miejsca poświęciła w Podaruj mi jutro. I w tej części serii kontakty Anieli i Sabiny są ważnym wątkiem. Tajemnica, poczucie opuszczenia, wzajemne żal i pretensje – ciągnie się to za nimi od kilkudziesięciu lat. Sabina ma żal do matki, że dzieciństwo spędzała z dziadkiem – nie z nią. Czuła się opuszczona, samotna – uczucia i emocje towarzyszące w najmłodszych latach zaważyły na jej psychice i sposobie postrzegania matki w dorosłym życiu. Była głucha na argumenty rodzi elki. Liczyły się tylko jej ból i poczucie odrzucenia. W dodatku, Aniela nie chce wyjawić córce, kto jest jej ojcem. Sabina, mimo niemal 50 lat na karku, nie potrafi pogodzić się z uporem mamy i za wszelką cenę próbuje poznać tożsamość ojca. Czy gdy pozna dane mężczyzny łatwiej będzie jej odnaleźć sens życia? Czy relacje Sabiny i Anieli da się jeszcze naprawić? Czy wzajemne żale, oskarżenia zastąpi serdeczność i ciepło?

Na miłość nigdy nie jest za późno

Sabina jest kobietą po 40., właściwie zbliża się do 50. Samotnie wychowała córki, skupiła się na karierze. Sprawa z oskarżeniem o łapówkę odwraca jej życie o 180 stopni. Zamykają się stare drzwi, ale otwierają nowe… Postać tajemniczego mężczyzny ze dworu matki, przywraca Sabinie wiarę w miłość i poczucie spełnienia u boku mężczyzny. Cieszę się, że Ilona Gołębiewska poruszyła ten wątek. Przecież każdy ma prawo do miłości – bez względu na początek PESEL-u czy okoliczności.

Tytuł ma znaczenie – i to niejedno!

Pozwól mi kochać… Takie zdanie, a właściwie prośba, pada w jednym z ostatnich rozdziałów powieści. W moim odczuciu pada jeszcze wiele razy – w duszy bohaterów. Przecież pozwolenie może prosić Sabina… samą siebie. Wiadomo, egoizm nie jest dobry, ale akceptacja i miłość do samego siebie pomaga w zrozumieniu i celebrowaniu życia. Dopiero akceptując samych siebie, kochając siebie, jesteśmy w stanie w pełni kochać drugiego człowieka! Te słowa, nie raz, mogła też skierować Aniela do córki, która uparcie ją odtrącała, odrzucała jej wsparcie, wypierając z pamięci ich wspólne dobre chwile. Wreszcie może je powiedzieć mężczyzna, który niepostrzeżenie pragnie wtargnąć do serca Sabiny.

Powieść pachnąca ziołami

Ilona Gołębiewska to mistrzyni łączenia kilku historii w spójną całość. Co ważne, robi to niezwykle naturalnie i wiarygodnie. Wielkim atutem jej prozy jest język – niesamowicie barwna, nasycona uczuciami, kolorami, zapachami polszczyzna… W dialogach, opisach, niekiedy stosując metafory, porównania czy inne środki artystyczne, Autorka pragnie przekazać czytelnikom ponadczasowe mądrości. Na końcu książki znajdują się także dobre rady związane z zielarstwem – koniecznie muszą tam zajrzeć nie tylko szeptuchy!

Już czekam na kolejną wizytę we dworze!

Bo ta jest nieunikniona! Zgodnie z zapowiedziami Ilony kolejne dwa tomy mają być poświęcone córkom Sabiny. Dzięki temu czytelnik pozna wszystkie przedstawicielki pokolenia Horczyńskich. Jestem pewna, że ten ród kryje jeszcze niejedną tajemnicę. Z niecierpliwością czekam na trzecią część, a Wam gorąco polecam Pozwól mi kochać. Pozwólcie się uwieść tej historii. Siłą tej powieści są kobiety. Poznajcie je i zaprzyjaźnijcie się z nimi. Nie pożałujecie!

Autorce dziękuję za wymienienie mojego nazwiska w posłowiu!
Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!



wtorek, 22 października 2019

"Tak smakuje miłość" - Agata Przybyłek


Agata Przybyłek, Tak smakuje miłość, Wydawnictwo Czwarta Strona 2019.
Audiobook czyta Marta Żmuda Trzebiatowska

Miłość ma różne smaki. Bywa słodka, gorzka, kwaśna, słona… Zależy od tego, co konsumującym danie serwuje codzienność. Miłość w najnowszej powieści Agaty Przybyłek bywa i słodka, i gorzka. Jest miejsce na romantyczne uniesienia i na łzy. Na całkowite oddanie i na prawdziwe trzęsienie ziemi. Jak w życiu…

Powieść serwują… ponownie dwie Autorki

Tak smakuje miłość wysłuchałam w serwisie Audioteka.pl. Głos Marty Żmudy Trzebiatowskiej już drugi raz zabrał mnie do wyjątkowego świata – kompletnie zatraciłam się w historii Oli, jej męża, rodziny, przyjaciółki, pewnego pisarza… Wszystkich, których na tacy daje nam Autorka.

Składniki, czyli przepis na świetną książkę dla romantyczek

Podobno ludzie mogą popełnić dwa błędy po rozstaniu. Albo uciekają od świata i ludzi, albo zbyt szybko wchodzą w kolejne związki. Ola zamierza popełnić je oba. Tylko który najpierw?
Teściowa Oli odkryła na stare lata nową pasję – wróżbiarstwo. Któregoś dnia stawia karty swojemu synowi. Niestety, przyszłość jawi się w czarnych barwach. Za radą kart (i mamusi), mąż Oli odchodzi.
Choć Ola jest znaną blogerką kulinarną i nie istnieje danie, którego nie potrafiłabym przygotować, nie zna tego najważniejszego przepisu – na miłość…
Ola wraca w rodzinne strony, by wyremontować stary dom pośrodku lasu i obiecuje wyjść za pierwszego mężczyznę, który zechce tam z nią zamieszkać. Przychodzi jej do głowy tylko jeden zawód, jaki pozwala na pracę w dowolnym miejscu – pisarz. Choć pomysł był tylko żartem, niedługo później na horyzoncie pojawia się młody i przystojny autor powieści z dreszczykiem…*

Kuchenne rewolucje zaczynają się od nazwy

Znaczę od początku, czyli… od tytułu. Moim zdaniem ma on dwa znaczenia. Przede wszystkim odnosi się do tego, co zasygnalizowałam we wstępie – miłość ma wiele smaków. Smakuje… różnie – w zależności od sytuacji i od drugiej osoby. Inny smak miała relacja Oli z mężem, inny z popularnym pisarzem. Tu muszę wtrącić – mam nadzieję, że Autorka, Pani Kasia Bonda i Remigiusz Mróz się nie obrażą, ale… Wyobrażając sobie bohatera, miałam przed oczami ojca (chrzestnego) Chyłki. Wróćmy jednak do naszego dania głównego! Warto podkreślić, że miłość w powieści Agaty Przybyłek to nie tylko relacje damsko-męskie. To też niesamowita więź rodzeństwa (siostry i brata) oraz rodziców z dziećmi. Każda z tych miłości smakuje przecież inaczej… Po drugie tytuł nawiązuje do profesji głównej bohaterki. Ola to przecież blogerka kulinarna, dla której gotowanie jest nie tylko pasją, ale i źródłem utrzymania. A przecież wiadomo, że do serca trafia się przez… żołądek.

Brata do siostry dodawać ostrożnie

Mam starszego brata, więcej relacja opisana przez Agatę Przybyłek nie jest mi obca. Czytając sceny z udziałem Oli i jej brata Maksa, widziałam siebie i Maćka. Relacja między rodzeństwem jest dość specyficzna, a krążące w sieci memy świetnie ją odzwierciedlają. Brat/siostra, to osoba, która jako pierwsza naskarży do mamy i pierwsza, która skoczy w ogień za rodzeństwem. Podobnie jest z Olą i Maksem. Nie brakuje między nimi utarczek słownych, ale nie brakuje też ciepła, bezgranicznego zaufania i oddania. Maks, jako chłopak, nie okazuje zbyt wielu emocji, ale i Autorka, i Lektorka doskonale je przemyciły. Czuć, że mimo własnych problemów i rozterek Maks mocno kibicuje siostrze, wspiera ją w każdym wyborze i jest gotów pobić dla niej (byłego) szwagra.  Jest po prostu jej przyjacielem.

Przysmak? Podajemy z ogonem!

Nie mogę nie wspomnieć o szczekającym bohaterze. Przysmak trafia do domu Oli za sprawą Julki. Od pierwszych chwil staje się nie tylko stróżem blogerki, ale i przyjacielem, towarzyszem w poplątanej niczym sierść codzienności. Z uśmiechem czytałam o jego ciekawości świata i radości na widok pani oraz gości. Żałuję tylko, że tak rzadko chodził na spacery – w końcu pieski z podwórkiem też tego potrzebują. Może w drugiej części zaprzyjaźni się ze smyczą?

Smakowity język, długa lista produktów

W czym można się rozsmakować, czytając lub słuchając Tak smakuje miłość? Do wyboru mamy wiele wątków. Jest rozwód, jest teściowa, jest remont starego domu, jest przyjaciółka, jest przystojny pisarz… Złośliwy mógłby powiedzieć, że jest wszystko. Może i tak, ale uwierzcie mi, że Agata Przybyłek nie przesoliła swojego popisowego dania. Powieść napisano z wyczuciem, a wszystkie składniki połączono naturalnie. Miłość, przyjaźń, pasja do gotowania, pisania, tańca… Pisarka znalazła złoty środek. Wydarzenia są jak najbardziej prawdopodobne, a z Olą może się utożsamiać niejedna rozwódka. W moim odczuciu w lekturze nie ma miejsca na przesadę. No, może pan pisarz zachował się jak rozkapryszony bachor, ale o tym sza!
Kolejną zaletą powieści jest język. Agata Przybyłek szanuje czytelników i słuchaczy, proponując im potrawę z najlepszych składników. Oczywiście książka nie jest drugim Panem Tadeuszem, ale nie jest też naszpikowana potocyzmami czy wulgaryzmami, od których niestety nie stronią pewne polskie „pisarki”. W historii znalazło się miejsce i na metaforyczne refleksje o życiu i miłości, jak i na luźne rozmowy, które każdy z nas prowadzi w domu lub na spotkaniach z przyjaciółkami.

Dwóch szefów kuchni

Oprócz pióra Agaty Przybyłek na moją pozytywną opinię i o warstwie językowej, i o całej powieści, wpływ ma Marta Żmuda Trzebiatowska. Mając do dyspozycji tylko głos, aktorka fantastycznie oddała klimat tej historii. Zamknęłam oczy i pozwoliłam prowadzić się za rękę. Krok za krokiem, rozdział za rozdziałem…  Trafnie, ale bez zbędnej przesady oddawała nastrój i emocje postaci. Pani Marto – ponownie dziękuję za ucztę dla moich uszu!

Częstowałam się w pociągu

Ostatnią godzinę powieści słuchałam w pociągu. O jeżu kąpany w morelkach! Ja myślałam, że albo wywiercę dziurę (wiadome czym) w siedzeniu, albo na cały wagon krzyknę niczym dziennikarka ze splecionymi nogami: „Czy państwo to słyszeli?!”, albo zacznę szarpać mojego sąsiada i domagać się od Bogu ducha winnego mężczyzny wyjaśnień. Co to było… Nie można narzekać na tempo akcji, ale ostatnie kilkadziesiąt minut… No szok. Już nie mogę się doczekać kolejnej części! Mam nadzieję, że będzie jak najszybciej! Tyle niewiadomych, tyle pytań…  Tego się czytelnikowi nie robi i nie kończy się w takim momencie, Pani Agato! Dla emocji zaserwowanych pod koniec tej historii warto poznać całość, uwierzcie!

Tak smakuje miłość smakuje doskonale!

Tak smakuje miłość to lektura obowiązkowa dla wszystkich niepoprawnych romantyczek. To także doskonała propozycja na coraz dłuższe wieczory dla miłośniczek lekkich, ale nie głupiutkich powieści obyczajowych. Polecam Wam audiobook – z wielką przyjemnością słucham głosu Marty Żmudy Trzebiatowskiej. Jeśli nie jesteście pewni, czy to forma dla Was, posłuchajcie – ZA DARMO – pierwszych kilkudziesięciu minut:


Smacznego :) 

*Opis pochodzi ze strony www.audioteka.pl

niedziela, 20 października 2019

"Weź głęboki wdech" - Kasia Bulicz-Kasprzak (#MamaDropsaCzyta)


Kasia Bulicz-Kasprzak, Weź głęboki wdech, Wydawnictwo Edipresse 2019.
#MamaDropsaCzyta

„Świat spokojnych z pozoru botaników to nie miejsce dla subtelnych storczyków, a dla mięsożernych rosiczek”.

Kasia Bulicz–Kasprzak to autorka świetnych książek obyczajowych skłaniających do refleksji, fascynatka słowa. Dlatego też polubiłam jej książki. Zafascynowana okładką – cudna zieleń, lato, ładna dziewczyna -postanowiłam sięgnąć po książkę „Weź głęboki wdech”. Z opisu książki wynikało, że to będzie kryminał, a ja nie czytam „mocnych” książek. Czytałam niejako uprzedzona co do gatunku. Z każdą jednak przeczytaną stroną okazało się, że jest to książka obyczajowa z intrygą kryminalną, napisana lekkim piórem i świetnym językiem.

Bohaterką powieści jest pracowita, zdolna i ambitna wręcz chorobliwie dr Michalina Zielińska, która pracuje w Instytucie Botaniki, pnąc się nieśpiesznie po szczeblach naukowej kariery i marząc, aby jej nazwisko pojawiło się na liście laureatów nagrody Nobla. Poza pracą , badaniami nad rosiczkami, nic dla niej nie istniało. Czuła się osamotniona, relacje z matką nie układały się najlepiej, a ojciec już nie żył. Postanowiła więc rzucić się w wir pracy i zostać naukowcem. Matka uważała jej brak urody za atut w tym wyborze. Szef, prof. Stanisław Potoczkiewicz, znany w kraju i za granicą, był dla niej największym autorytetem w sprawach przyrodniczych a ona jego ulubienicą.

Bohaterkę poznajemy w sytuacji, gdy „pociąg jej kariery naukowej właśnie zjechał na bocznicę” a jej miejsce zajął młody specjalista od storczyków Filip Góralczyk, ewidentnie faworyzowany, wskazany jako kandydat do prestiżowego stypendium czy też innej nagrody dla młodych i zdolnych naukowców. Filip przewrócił też uporządkowane życie Michaliny do góry nogami, szybko zostali parą. Oczywiście Michalina dowiedziała się o jego relacjach z profesorem od Julki, od której dostawała lekcje życia. Nie mogąc się z tym wszystkim uporać, skorzystała z propozycji, aby dołączyć na pół roku do wyprawy w malezyjskie lasy. Bardzo potrzebowała tego czasu na przemyślenia. Wolała bowiem być sobą, czyli „młodym naukowcem, zachowującym otwarty umysł, by chłonąć świat”. A po powrocie czekała na nią okrutna wiadomość – Filip się ożenił! Mimo że świat Michaliny się zawalił, to nie pogrążyła się w rozpaczy, tylko wybrała pogrążenie się w pracy oraz wizytę u psycholożki. Otrzymała też od profesora zgodę na kolejny wyjazd do placówki badawczej i inne sprawy naukowe. Zastanowiło ją to mimo wszystko, dlaczego wcześniej ją spławiał a teraz na wszystko się zgodził. Aż tu nagle… Akcja nabiera tempa, bowiem pisarka wprowadza wątek kryminalny z odcienie komediowym. A ponieważ nie lubię kryminałów, musiałam czytać uważnie, żeby w tym gąszczu wydarzeń się nie pogubić. Michalina wplątała się przez przypadek a może przez swoją naiwność w aferę kryminalną. Usłyszała w lesie strzał, profesor został zabity. A przecież miał wysłać jej rekomendację. I tu sytuacja staje się wręcz komiczna, bowiem bohaterka zanim zawiadomi policję, załatwi sobie wiele spraw z telefonu nieżyjącego profesora. Pisarka opisuje to w komiczny sposób. Czy w końcu bohaterka zadzwoniła po policję? Co się stało dziwnego z ciałem profesora? Kto i dlaczego zabił szefa instytutu?

Warto dodać, że Michalina nie była sama, towarzyszyło jej alter ego, które miało kilkadziesiąt nazw, np. Moje Histeryzujące Ja, Moje Ironiczne Ja, Moje Opiekuńcze Ja czy też Moje Do Bólu Szczere Ja i doradzało, jak ma postąpić.

Przyznam, że trudno mi było uwierzyć w to, że bohaterka potrafiła być też zimną, wyrachowaną osobą. Kłamała jak z nut, była w tym wręcz mistrzynią. Ale była też naiwna, puszczała wodze fantazji. Do grona bohaterów dołączył też tajemniczy Pan Mumia, który wciągnął Michalinę w tarapaty i zmusił do kradzieży człowieka oraz do szpiegowskiej roboty. Bardzo mnie też zaskoczyła reakcja i zachowanie matki bohaterki, która była piękną kobietą, ale złą matką. Absolutnie nie obchodził ją los córki, niczym nikim się nie przejmowała w życiu. Postacie matki i jej siostry są mocno przerysowane w powieści. Jedyny raz matka wręcz zamanifestowała troskę o córkę, a wydało się to mocno podejrzane, bowiem chodziło o zapis w testamencie, o tym miała się nie dowiedzieć nigdy Michalina. Na wszystko miała  mantrę: „Weźmiemy głęboki wdech, ściągniemy łopatki i stawimy czoło tej rzeczywistości”. Michalina też często ją powtarzała. Ale o tym dowiecie się z powieści, czym właściwie się zajmowała matka i do czego była zdolna.

 I powiem na koniec, że intryga jest kobietą. Co uknuła Julka? Które kobiety na tym skorzystały? Do czego doprowadziła bohaterkę szpiegowska robota? Czy udało się zdemaskować bandę? Czy wreszcie wzięła głęboki wdech, by móc cieszyć się życiem?

Zakończenie powieści mocno mnie zaskoczyło, odczułam pewien niedosyt. tyle się przecież tu działo… Powieść Kasi Bulicz-Kasprzak podobała mi się, bo nie był to pełen grozy, krwi kryminał lecz powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym. Mimo trupa czytało się lekko, bo takie jest pióro Pisarki. Lubię i cenię książki Kasi Bulicz-Kasprzak za warsztat pisarski, świetne operowanie językiem, stylem. Dość osobliwie został przedstawiony świat botaników, hermetyczne środowisko naukowców. Trudno bowiem wśród świetnie wykreowanych postaci znaleźć kogoś pozytywnego. Syn profesora nazwał ich okropnymi ludźmi. Nawet Michalina, wzbudzająca sympatię, jest posiadaczką złych cech, o czym świadczą różne wcielenia, nazwy jej alter ego. A przecież obcowanie z naturą czyni człowieka wrażliwszym, lepszym. Akcja nabiera tempa po zabójstwie profesora, obfituje w wiele nagłych zwrotów, można się wręcz pogubić w gąszczu wydarzeń. Ale tym samym dostarcza  różnorodnych emocji – od śmiechu poprzez złość, strach a nawet grozę. Skłania też do refleksji, że życie człowieka jest zarówno pasmem sukcesów, ale i porażek. Obok śmiesznych, komicznych opisów sytuacji są przedstawione trudne relacje matki z córką. Nie chciałabym mieć takiej matki. Ale ta przerysowana postać czemuś służy.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po książkę, której lektura zapewni Czytelnikom dobry relaks.

Wydawnictwu Edipresse Książki dziękuję za egzemplarz do recenzji.

sobota, 19 października 2019

"(Nie)młodość" - Natasza Socha (#MamaDropsaCzyta)


Natasza Socha, (Nie)młodość, Wydawnictwo Edipresse 2019.
#MamaDropsaCzyta

Czy kobiecość ma termin ważności?

(Nie)młodość to finałowa część sagi Nataszy Sochy. Wcześniejsze części (Nie)miłość i (Nie)piękność wręcz pochłonęłam. Natomiast  ostatnią część zaczęłam czytać w okolicach moich urodzin i lektura rozciągnęła się w czasie. Po prostu musiałam nabrać nieco dystansu do siebie, by nie sprawdzać ciągle terminu ważności mojej kobiecości. Trudno się z tym uporać, ale powieść wlała dużo nadziei w moje serce.

Pozwólcie, że na wstępie, tradycyjnie, przybliżę fabułę. Wszystkie części sagi łączą postacie bohaterek uczestniczących w wypadku samochodowym. Tu poznajemy Klarysę, która miała „siedemdziesiąt cztery lata w dokumentach i trzydzieści mniej w głowie. Nosiła kombinezon starszej pani, ale jej wnętrze ciągle chciało śpiewać. I tańczyć”. Taniec bowiem był jej przepustką do szczęścia. To z jej winy doszło do wypadku samochodowego, bo zapomniała, dokąd chciała jechać. Jedną z poszkodowanych była Cecylia, bohaterka (Nie)miłości a drugą – Nasturcja, czyli ta „brzydka” z (Nie)piękności. To mózg spłatał Klarysie figla, a lekarz stwierdził, że nie powinna przebywać sama w domu, sama wychodzić i nie wolno jej jeździć samochodem. Mieszkała z wnukiem Maćkiem, który dostał stypendium zagraniczne i musiał wyjechać. Po wielu wizytach u specjalistów wreszcie postawiono diagnozę, z którą pacjentka absolutnie się nie zgadzała. To nie demencja starcza tylko problemy z koncentracją, zwykłe roztargnienie – tak uważała. „A przecież człowiek stary jest pośrednikiem między przeszłością a przyszłością. Jest pomostem między wczoraj a jutro. Jak można tego nie doceniać!”. Postanowiła wiec podjąć walkę ze stereotypami o starości. Po pewnych incydentach z pamięcią Maciek wybrał dom Hebe „z profesjonalną obsługą i wyjątkowo przyjemnym wyposażeniem”. Mimo to o tego typu miejscach mówiło się: „Poczekalnie. Przejściówki między życiem a śmiercią. Boczne tory. Przedsionki śmierci”. Jak można zadomowić się w miejscu, w którym nagromadzono tyle starości z jej dziwactwami, nawykami, fobią, strachem, chorobami. Klarysę wszystko tu dobijało, źle nastrajało, wręcz przygnębiało. Jedynym miejscem, w którym dobrze się czuła, był park z jej ulubioną ławeczką. I tu los zetknął ją z Martą, druga bohaterką powieści. Odtąd będą obie prowadzić dyskurs o starości i młodości.

Marta – lat 31 – straciła pracę, ponieważ została oszukana przez Annę – wspólniczkę i przyjaciółkę. Lubiła pracę w zakładzie kosmetycznym, w którym zajmowała się głównie paznokciami. A klientki ją wprost kochały. Przyjaciółka zabrała jej wszystko: pracę, motywacje do życia, szczęście i optymizm. Wstydziła się przyznać rodzicom, wybrała wersję o bankructwie. Szukała więc pracy, żyjąc z oszczędności i karmiąc się strachem przed przyszłością. Jedynym oknem na świat Marty był Internet z darmowym wi-fi. Przeglądała więc strony z ofertami pracy. Udało się jej po wielu staraniach zdobyć posadę „specjalistki do spraw miłości prawdziwej” w sklepie, do którego przez całe dotychczasowe życie nigdy nie weszła, czyli w sex shopie. Ale tylko na pół etatu, a z tego trudno się było utrzymać. Gdy wreszcie zdobyła się na akt odwagi i poinformowała rodziców o swojej sytuacji, mama załatwiła jej pracę w domu opieki Hebe. „Starsi ludzie są trochę jak przywiędłe kwiaty i naszym zadaniem jest wyczarować z nich jeszcze odrobinę zapachu” – dowiedziała się od pani Marianny. Czyli miała być ich konewką czy tez źródełkiem życia. Nie lubiła przecież starych ludzi za ich powolność w ruchach, ciągłe szukanie pomocy, bierność, pretensjonalność, żale, złośliwość. Marta, pełna złych emocji, hipokryzji i niechęci do świata, w Hebe została strażnikiem codzienności. Kobieta nie mogła na początku odnaleźć się w nowej pracy, ale z czasem uzmysłowiła sobie, że starość to jest coś nieuchronnego. I postanowiła walczyć o godziwe życie i zajęcia w domu opieki. Klarysa przekonała się, że zarówno pensjonariusze, jak i młodzi, nie lubili Hebe, pobyt czy pracę tu traktowali jako karę. Dlatego też postanowiła dać Marcie nauczkę i udowodnić, że starość nie zawsze musi cuchnąć. Bunt przeciw starości i walka starość contra młodość zostały ogłoszone. A Marta szybko się przekonała, że Klarysa czyta jej w myślach…

Na arenie pojawił się też kolejny ważny bohater powieści Benedykt Malec, instruktor tańca i zajęć ruchowych, „obrzydliwie młody”. Klarysa, kochająca taniec, obserwowała Benedykta z ukrycia. „Terapia tańcem daje ludziom możliwość prawdziwej obecności, powrotu do życia, poddania się zmysłom i ponownego poczucia niezależności. To o wiele więcej niż „taniec”. Chodzi o to, by połączyć się z samym sobą i zaistnieć na nowo. Poruszamy ciałem, żeby poruszyć umysł”. Wzruszyło mnie do łez tango Klarysy i Benedykta na leśnym parkingu, a potem na parkiecie podczas konkursu tańca. To było coś niesamowitego, niezwykłego! To metafora życia – prawdziwego, pełnego wyzwań i przeciwności, a jednocześnie zmuszające do pozostania razem, po to, żeby się wspierać i pomagać sobie nawzajem. To był taniec miłości, zaufania, oddania i zaangażowanych zmysłów. Trochę senny, trochę poetycki, uduchowiony, romantyczny i sentymentalny. Taniec starej kobiety i młodego mężczyzny – doskonale narzędzie do walki ze stereotypami, którymi przecież żył świat.  A dla Marty i czytelników powieści to ważna lekcja, że należy z nimi walczyć, bo starość spotyka się z młodością, patrzy jej prosto w oczy, zagaduje. Czasem idzie za nią kilka kroków z tyłu, a czasem ją wyprzedza. Czasem idą ramię w ramię. Należy to dostrzec.

I to jest piękne, jak piękna jest przyjaźń Klarysy i Marty w powieści, bo przyjaźń nie patrzy na wiek. A zakończenie powieści jest zaskakujące, ale o tym Czytelnicy przekonają się sami, biorąc powieść do ręki. Bardzo dziękuję Pisarce za tę niezwykłą serię a w szczególności za powieść (Nie)młodość. Każdemu z nas towarzyszy strach przed starością. A Natasza Socha oswaja nas z tym tematem tabu.

Narracja jest prowadzona dwutorowo, rozdziały noszą imiona bohaterek. Dzięki temu zabiegowi poznajemy dwa spojrzenia na główny problem powieści. Bardzo ciekawa fabuła, wartka akcja, świetnie są wykreowane postacie bohaterów. Ogromnym walorem jest język powieści. Wywołuje w nas wiele emocji - od śmiechu poprzez ironię sarkazm , irytację, wzruszenie aż do łez. To dla mnie (60+) trudna lektura, ale dająca nadzieję, że starość nie będzie taka zła, mimo że nie będę tańczyć. Chyba że przygoda z instruktorem tańca wciąż przede mną. Póki co mogę się jeszcze świetnie dogadać z moimi dziećmi mimo wytykania czasem w rozmowach, że się powtarzam lub o czymś nie pamiętam. Nie ma między nami różnic międzypokoleniowych, wciąż cenią sobie moje zdanie, poradę, pomoc. Wiedzą, że decyzja, wybór to ich sprawa. Myślę, że „młodego ducha” zawdzięczam wciąż jeszcze pracy w szkole z młodzieżą.

Czy zatem kobiecość ma termin ważności? Moim zdaniem nie ma. Lektura książki skłania do wielu przemyśleń, refleksji.

Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!

niedziela, 13 października 2019

"Niedokończona baśń" - Dorota Gąsiorowska (recenzja przedpremierowa!)


Dorota Gąsiorowska, Niedokończona baśń, Wydawnictwo Znak 2019.

Jak wiecie (albo i nie), w moich social mediach październik jest miesiącem poświęconym twórczości Doroty Gąsiorowskiej. Ogromie cenię tę pisarkę za oryginalne pomysły – historie z tajemnicą i nieoczywistym zakończeniem, a także za szacunek do naszego ojczystego języka i operowanie przepiękną polszczyzną zarówno w dialogach, jak i opisach. Cieszę się więc, że to właśnie na ten miesiąc przypada premiera jej najnowszej książki – Niedokończona baśń trafi na półki w księgarniach w najbliższym tygodniu. 

Praca spełnieniem (francuskich) marzeń

Główną bohaterką powieści jest Julia. To absolwentka romanistyki. Przeprowadza się z Krakowa do Poznania. Po śmierci ukochanego samotnie wychowuje pięcioletnią córeczkę, Basię. Nie może liczyć na wsparcie rodziny. Jej relacje z siostrą są dalekie od ideału, a matka częściej ją denerwuje niż pomaga, narzucając swój (zakłamany) styl życia. Po zmianie miejsca zamieszkanie los uśmiecha się do niej – i to szeroko! Zostaje asystentką popularnej i zarazem swojej ulubionej francuskiej pisarki, Suzanne Bonit. W żyłach starszej pani płynie polska i francuska krew. Julia od lat jest jej fanką. Praca marzeń? Niby tak, ale…  Pierwsze dni na nowym stanowisku nie są łatwe. Autorka potrafi pokazać humorki, przez co każdy dzień wydaje się dla Julii niewiadomą. Kolejna sprzeczka sprawia, że kobieta podejmuje decyzję o porzuceniu pracy. Ostatnim obowiązkiem służbowym ma być wspólna podróż do Francji. I Julia, i Suzanne nie mają pojęcia, ile wyprawa do krainy akwitańskich zamków zmieni w ich życiu…

Po co Julii Romeo? Wystarczy… Basia!

Bo Emil mówi, że ma w sobie takie światełko, które go ogrzewa i rozwesela. I nawet jak jest mu smutno, to tylko na chwilę, bo zaraz robi mu się wesoło.
Basia, str. 22.

Po śmierci Miłosza Julia została samotną matką. Basia stała się jej całym światem. Każdą wolną chwilę poświęca córeczce. Basia to niezwykle rezolutna kilkulatka – mądra, ciekawska i, w moim odczuciu, bardzo dojrzała jak na swój wiek. Zadaje mnóstwo pytań. Jest dzieckiem, więc nie ma w sobie hamulców przed szczerymi reakcjami. Bezpośredniość to drugie imię Basi. Dziewczynka trafnie ocenia otaczającą ją rzeczywistość i w swoich ocenach nie ma litości dla podejmujących niezrozumiałe decyzje dorosłych. Z mojego króciutkiego opisu może wynikać, że córka Julii to poważna kilkulatka. Nic bardziej mylnego! Dziecięca beztroska, kreatywność, wyobraźnia bez granic czy ufność – tłumaczka zadbała, by dzieciństwu Basi nic nie brakowało. Czytając powieść, widziałam w małej… siebie. Też byłam taką gadułą (no dobra, dalej jestem), uwielbiałam ludzi (do dziś bywam zbyt ufna), a wyobraźnia pozwalała mi się przenosić w najdalsze zakątki globu – oczywiście bez wychylania noska z pokoju ;) Basia jest takim słoneczkiem w pochmurne dni – zarówno dla mamy, jak i dla Suzanne. Kilkulatka bowiem wyrusza we francuską podróż z Julią i jej pracodawczynią. Dziewczynka szybko – zresztą z wzajemnością – zjednuje sobie starszą panią, budząc w niej uśpione uczucia. Jej dziecięca bezpośredniość i ciekawość świata stają się słodkim lekarstwem na gorzkie problemy francuskiej pisarki związane z tragiczną wręcz przeszłością.

A może jednak ten Romeo jest potrzebny…?

W Niedokończonej baśni Dorota Gąsiorowska podjęła bardzo trudny i zarazem ważny oraz niezwykle aktualny w dzisiejszych czasach wątek – samotnego macierzyństwa. Julia, niczym tysiące polskich kobiet, łączy życie z zawodowe z wychowywaniem córeczki. Mała nie ma babć czy sztabu niań. Ma tylko mamę… Myślę, że każdy z nas ma w otoczeniu taką dzielną superbohaterkę – samotną matkę. Dorota Gąsiorowska przypomina jednak, że na macierzyństwie świat kobiety się nie kończy. No właśnie, przecież jest jeszcze kobiecość… Przez wiele pań uśpiona, zepchnięta na bok, pozornie niepotrzebna. Jak pisarka przedstawiła ten wątek w powieści? Przechodzę do konkretów! Jak już wspomniałam, to Basi Julka podporządkowała całe życie. Ojciec dziewczynki obdarował ją niezwykłą miłością, a pustka, którą po sobie zostawił, w żaden sposób i przez nikogo nie może zostać zapełniona. Julia jest zdana na siebie. Zmienia się to nieco po przeprowadzce. W sąsiadce i równocześnie mamie najlepszego kolegi Basi zyskuje powiernicę i przyjaciółkę. Sama, ze względu na małżeńskie problemy Majki, może odwdzięczyć się dobrą radą, wsparciem czy służyć ramieniem. Czy w tym babskim i uporządkowanym życiu Julki jest miejsce dla mężczyzny? Ona uważa, że nie. Do momentu, aż poznaje Maćka. To architekt i krewny Suzanne. Jego pracownia sąsiaduje z mieszkaniem pisarki. Przypadkowe, ale częste spotkania; dobre rady czy niezobowiązujące rozmowy stają się początkiem wzajemnej fascynacji. W Julii – odpowiedzialnej, nieco zaborczej matce i sumiennej pracownicy, budzi się… kobieta. Brzmi jak zapowiedź romansu? Cóż, jest jeden problem, i to dość poważny. Maciej ma bowiem… narzeczoną. Partnerki nie ma za to francuski adorator Julki, Thibault. Mężczyzna, który w oczach wielu pań osiągałby miano ideału, nie jest ideałem Julki, co zdecydowanie utrudnia rozwój ich relacji. Którego Romea wybierze? A może ostatecznie postanowi poświęcić się tylko wychowywaniu dziecka i karierze zawodowej? I pobyt we Francji, i jesień w Poznaniu będą dla Julii czasem poważnych życiowych decyzji – także tych sercowych.

(Nie)dokończona baśń

Nigdy z tego nie rezygnuj, wyobraźnia to jeden z najcenniejszych darów, jakie otrzymał człowiek, ma pettite – odpowiedziała Suzanne z powagą. – Tylko dzięki niej można odkryć obszary, których nikt jeszcze nie odwiedził. Można stworzyć coś nowego, a nie podążać ślepo za tym, co narzuca świat.
Suzanne do Basi, str. 281.

Dorota Gąsiorowska dba o to, by zabierać swoje czytelniczki w dalekie podróże – do najpiękniejszych zakątków naszego kraju lub świata. Tym razem wraz z bohaterkami powieści trafiamy do Francji, do magicznej Akwitanii. Zamki z tajemniczą przeszłością, rodzinne sekrety, niewyjaśnione konflikty czy… tytułowa niedokończona baśń – pobyt we Francji jest bardzo intensywny. Postaci, a wraz z nimi oczywiście czytelniczki, odkrywają kolejne tajemnice – dotyczące rodziny i przeszłości Suzanne, a także te związane ze średniowieczną księgą. Pisarka, wspierana przez swoją asystentkę, próbuje rozwikłać zagadkę zapierającej dech w piersiach baśni o niespełnionej miłości, która od stuleci czeka na szczęśliwe zakończenie. Kto dopisze jej finał?

Baśń, zwana życiem, opisana pięknym językiem

Tajemnice ukryte w księgach i murach francuskich zamków, a także poznańska jesień – wszystkie wydarzenia w powieści są opisane cudnym językiem. Wyszukane metafory i porównania nie przytłaczają narracji – wręcz przeciwnie, wprowadzają w klimat literatury i sekretów. Dorota Gąsiorowska z najwyższą starannością dopieszcza każde zdanie, wypowiedź, myśl. Lektura Niedokończonej baśni to niekończąca się uczta.

Niedokończona baśń – weź nie pytaj, weź ją dokończ!

Nie pytajcie, jak mogę w jednym zdaniu polecić tę powieść. By zanurzyć się w jej klimacie, nie wystarczy kilka cytatów czy ta (przydługa) opinia. Trzeba poznać Julię, Basię, Suzanne i pozostałe postaci. Trzeba udać się w podróż do Francji i… w głąb własnego serca. Tak, uparcie będę powtarzać, że Dorota Gąsiorowska zabiera czytelniczki (a może i panów sięgających po literaturę obyczajową) także w taką drogę. Opisując często niełatwe, momentami wręcz tragiczne życie bohaterów, zmusza czytających do refleksji, do odpowiedzi na niekiedy fundamentalne pytania – o miłość, tęsknotę, wiarę… Tym razem zachęca też do kreowania szczęśliwych zakończeń. W końcu życie każdego z nas to niedokończona baśń. Jej finał? Zależy tylko od nas!

Wydawnictwu dziękuję za egzemplarz do recenzji!



wtorek, 8 października 2019

Przepisy Joli Caputy - recenzje Mamy Dropsa


Przepisy Joli można znaleźć na stronie internetowej:
https://przepisyjoli.com/

Jola Caputa, W rodzinnej kuchni, Wydawnictwo Edipresse 2019.
#MamaDropsaCzyta

„W rodzinnej kuchni” to kolejna przepięknie wydana książka z serii „Przepisy Joli” – kultowej blogerki i bohaterki mediów społecznościowych. Jola Caputa do wspólnego gotowania zaprosiła córkę Sylwię i syna Grzegorza. Dzięki temu obok prostych przepisów na domowe dania znajdujemy bardziej zdecydowane smaki z nutą Orientu u Grzegorza i pomysły Sylwii na słodkości. Książka zatem jest podzielona na trzy części, każdą  rozpoczyna krótka charakterystyka autorów przepisów.

Kuchnia Joli jest „tradycyjna, domowa, mamina pyszna”. Do gotowania Jolę zainspirował ojciec, a ona z kolei przekazała swoim dzieciom zasadę, że przygotowywanie posiłków, czas spędzony w kuchni to przede wszystkim radosne zajecie, przyjemność, sposób wyrażenia siebie i okazanie domownikom miłości. kuchnia jest bowiem sercem domu, okazją do spotkań rodzinnych przy wspólnym stole – rozmów, radości z obecności bliskich i na końcu delektowania, raczenia się pysznym jedzeniem. Jako strażniczka kulinarnych tradycji Jola zawsze dba o to, żeby „kuchnia żyła, pachniała, zapraszała”. Wśród wyczarowanych przez Jolę pysznych potraw znajdujemy przepisy na: zupy, rolady, mięsa, drób, sałatki, przystawki. W swojej kuchni Grzegorz natomiast podtrzymuje tradycje dziadka, czyli przygotowuje mięsa w każdej postaci. Wśród zamieszczonych przepisów królują wiec : stek, burger, schab krewetki, udka, pierś kurczaka, kaczka drinki oraz deser oraz proste dania jak makaron z szałwią. Ponadto ceni sobie szybkie dania, wyraziste smaki i ciekawe połączenia. W tym celu dużo podróżuje, by poznać nowe smaki, oryginalne potrawy i gotować potrawy z ludźmi z różnych stron świata. W Przepisach Joli oprócz wspólnego gotowania zajmuje się robieniem zdjęć. To nie lada wyzwanie. Sylwia natomiast ma wielką słabość do słodkości i prowadzi słodkiego bloga. Zadebiutowała murzynkiem. W swojej części poleca przepisy na serniki, tort, tartę, Brownie, eklerki, ciasteczka przekładane masą z białej czekolady, miodownik z kremem, jabłecznik. Najsurowszym jurorem przepisów jest jej synek. Uwielbia ich wspólne chwile w kuchni tak jak kiedyś jej z mamą.

Każdemu przepisowi w książce towarzyszy cudna fotografia. Widok potraw, ciast sprawia, że się jest głodnym, cieknie ślinka i ma się ochotę udać do kuchni, by coś dla bliskich wyczarować. A przepisy są tak zredagowane, że wprost zachęcają, aby z nich korzystać. Jest także miejsce zarezerwowane na notatki.

Lubię gotować dla najbliższych, na co dzień robię to sama. Nie mogę się doczekać na powrót Męża z pracy, by razem z nim usiąść przy stole , jeść obiad i rozmawiać. Cenię sobie też bardzo wspólne chwile w kuchni z Dziećmi – wspólnie gotujemy, rozmawiamy, wspominamy, żartujemy, zajadamy. Zgadzam się z Jolą Caputa, ze kuchnia istotnie jest sercem domu i doskonałym sposobem na okazywanie sobie miłości.

Jola Caputa, Złote przeboje, Wydawnictwo Edipresse 2019.
#MamaDropsaCzyta

Pragnę się podzielić opinią o cudownie wydanej trzeciej już książce „Złote przeboje. Wszystko, co najsmaczniejsze – wybrali czytelnicy” z serii Przepisy Joli, w której Jola Caputa zebrała przepisy cieszące się największą popularnością wśród jej fanów. „To kulinarne hity – najlepsze i sprawdzone receptury, które uwielbiamy ja i moja rodzina, dlatego goszczą na naszym stole od lat” – czytamy we wstępie. Jola zaprasza więc czytelników do kuchni – serca domu i do wspólnego gotowania, a potem usiąść przy stole, biesiadować i cieszyć się sobą. Niech domowa kuchnia stanie się dla nas cudownym światem!

Przepisy są podzielone na: przekąski, obiad, na słodko, sałatki i surówki, słoiki – domowe przetwory i alkohol – domowe nalewki. Autorka udziela także cennych wskazówek – Jola radzi, np. jak uniknąć zakalca? Na końcu znajduje się notes – miejsce na zapiski, uwagi. Sprawdzone przepisy są podane w sposób niezwykle klarowny i  proste w wykonaniu. Pod każdym z nich zamieszczona jest opinia Czytelnika. Przecudnej urody zdjęcia potraw wykonał Grzegorz Caputa, którego fotografowanie jest pasją.

Będę często zaglądać do tych cudownych książek, które zostaną moją kulinarną rodziną. A w niedzielę ugotuję zupę krem z dyni według przepisu Joli dodatkiem papryki żółtej. Dodawałam do tej pory pomidory oraz z przypraw kurkumę i curry.

Polecam z całego serca książki z serii Przepisy Joli i zapraszam do udziału w rodzinnych kulinarnych spotkaniach.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Edipresse za egzemplarze do recenzji.